RSS
piątek, 24 listopada 2017
Jesteśmy słabi i od tego zacznijmy

Ten wpis miał powstać od razu po EuroBaskecie 2017, bo jest niejako podsumowaniem tego turnieju w wykonaniu koszykarskiej reprezentacji Polski. Wtedy jednak było tyle pracy, tyle rzeczy, które trzeba było zrobić - z poczucia obowiązku choćby - że z tygodnia na tydzień był odkładany. Aż przyszedł moment, w którym Polska gra z Węgrami kolejny mecz reprezentacyjny o punkty…

Nie sądzę, żeby po piątkowym meczu w Bydgoszczy cokolwiek z tego, co napiszę poniżej stało się nieaktualne, ale wypada skończyć to pisanie, które zacząłem na początku września, przed kolejną akcją reprezentacji.

Najpierw kilka zdań o sobie i moim sposobie myślenia. (KOGO TO NIE INTERESUJE, NIECH PRZEJDZIE DO MERITUM - JAKIEŚ 7 AKAPITÓW DALEJ)

Od 30 lat - mniej więcej od czasu, kiedy grany był ten świetny mecz przypomniany przez Łukasza Ceglińskiego tutaj - jestem w koszykówce. Grałem, prowadziłem jakieś amatorskie drużyny, sędziowałem, pisałem, mówiłem, organizowałem, rozmawiałem o małych i dużych problemach - nieustannie. Prowadzę archiwum, pasjonuję się, dużo czytam i oglądam, dlatego też uważam, że mam podstawy do wypowiadania się. Zainteresowanie koszykówką wprowadziło mnie w chęć poznania detali, więc choć nie jestem profesjonalistą w wielu dziedzinach basketu, jak marketing czy praca trenera, to jednak wiem o nich wystarczająco wiele.

Nie oznacza to w żadnym stopniu, że ktoś, kto ma mniejsze doświadczenie lub zna koszykówkę mniej lub jednostronnie, nie może się wypowiadać. Może a nawet musi. Dyskusja jest potrzebna. Piszę to po to, żeby oszczędzić czasu na zbędne moim zdaniem dyskusje na temat „piszesz o czymś, na czym się nie znasz”. Znam się wystarczająco, żeby z Tobą podyskutować.

Będą tu także użyte nazwiska i przykłady, ale wyłącznie jako przykłady. Ja nikogo nie potępiam i nie atakuję. Jeśli krytykuję czyjąś drogę, wybory lub stwierdzenia, to nie znaczy, że potępiam jego jako osobę. Popieram, wspieram, kibicuję i będę propagował do końca dni moich każdego, kto kocha koszykówkę, ma dla niej pasję i pracuje dla niej (lub tylko jej kibicuje).

Dalej. Żadne z zawartych tu tez i wniosków nie są „na pewno”, „nieomylne” czy „nie do dyskusji”. Niektóre są z wykrzyknikami i ostre. Być może będę chciał ich bronić w dyskusjach, bo są przemyślane. Ale każdy ma prawo stwierdzić, że są niesłuszne, się z nimi nie zgadzać. Na nikogo nie będę z tego powodu nastawał. Z przyjemnością poczytam przeciwstawne myśli, z zaciekawieniem będę dyskutował.

Nie pogodzę się jednak z tekstami typu „typowe myślenie z ulicy Ciołka”, „niech on już lepiej zamilknie, bo od lat psuje koszykówkę” itp. Takich „mądrali” będę blokował na Twitterze i ignorował w życiu. Koszykówka potrzebuje myślenia i dyskusji, a nie wszechwiedzących, bezmyślnych poglądów powtarzanych od 10 czy 20 lat. Bo ona się zmienia nieustannie, świat się zmienia i my też się zmieniamy.

I jeszcze. Komentuję mecze w Polsacie (nie tylko koszykówki), za co nieustannie jestem losowi i ludziom wdzięczny. To wspaniała przygoda. Drugą jest praca w Polskim Związku Koszykówki. Szefuję tam Wydziałowi Rozgrywek, z czteroosobowym zespołem organizujemy i pilnujemy porządku w BLK, 1LK, 1LM i 2LM oraz ogólnopolskich rozgrywkach 2LK, 3LM i młodzieżowych. Mogę powiedzieć, że w sumie do tej pracy przygotowywałem się całe życie, mniejsza o szczegóły. Wyobrażam sobie, że mogę w tym miejscu pracować do końca życia, ale wiem też, że może się zdarzyć, że przestanę tam pracować niedługo. Wcześniej podobne rzeczy robiłem w PLK, udało się przez te siedem lat przeprowadzić dużo zmian, ale też wiele moich pomysłów w kluczowych sprawach koszykówki (żeby nie powiedzieć prawie wszystkie, z których dużą część nadal uważam za słuszne) zostało odrzucone przez Zarząd PZKosz, który rządzi związkiem.

Czasami brak akceptacji powoduje irytację i emocje, ale zawsze przychodzi refleksja, że to wszyscy ludzie koszykówki poprzez WZKosze i walne zgromadzenie wybrali taki a nie inny Zarząd PZKosz i to on ma zawsze rację. Mówię to bez ironii. Ja tylko podrzucam myśli i z tym mi dobrze. Ja nie aspiruję do stanowisk, nie mam w planach walki o prezesury itp., to co piszę i mówię nie ma charakteru programu wyborczego. Każdy może sobie wziąć kawałek i całość do swojej dyspozycji i nawet twierdzić, że to jego. Interesuje mnie tylko pożytek koszykówce. Dla każdego jestem do dyspozycji, jeśli chciałby posłuchać lub coś opowiedzieć.

I jeszcze jedno. Do każdego zdania poniżej można sobie dopisać „według mnie”. Jeśli piszę np., że „świat jest dobry”, to nie oznacza pewności, że jest, tylko że taka jest moja opinia. Nie będę tego dopisywał w każdym wierszu.

I ostatnie - ten tekst jest o koszykówce mężczyzn, bo to środowisko znam lepiej. Wybaczcie.

Po tych wstępach mogę przystąpić do meritum.

 

MERITUM CZĘŚĆ 1, czyli rozczarowanie

Dla przypomnienia. Graliśmy w ramach EuroBasketu 2017 na przełomie sierpnia i września pięć meczów w Helsinkach. Wygraliśmy wysoko z Islandią. Przegraliśmy 81:90 ze Słowenią, z Finlandią 87:90 po dwóch dogrywkach, z Francją 75:78 i z Grecją 77:95. Nie wyszliśmy z grupy.

Kiedy patrzę na te wyniki teraz, to powiedziałbym, że są na papierze całkiem niezłe. Słoweńcy wygrali ten turniej, z mocnymi Finami i Francuzami przegraliśmy dramatyczne mecze, długo prowadząc, także z Grecją było długo nieźle…

Ale nie, nie i NIE!

Nie było nieźle. Było źle i to bardzo. Nie do przyjęcia źle. Graliśmy słabo, nie wykorzystaliśmy szans i byliśmy jednym wielkim rozczarowaniem.

Co więcej, po porażce z Finlandią, w którym to meczu popełniliśmy fatalne błędy w końcówkach (czwartej kwarty i dogrywek), ja - wieloletni optymista, kibic, pasjonat - się złamałem i przestałem wierzyć. Wszystkie emocje wyparowały. Spokojnie oglądałem mecze z Francją i Grecją, wiedząc - nawet gdy graliśmy dobrze i prowadziliśmy - że i tak to zepsujemy (słowo ostrzejsze wycięto) i przegramy. I co najgorsze - tak się dokładnie stało.

Uświadomiłem sobie niestety, że ja to wszystko widzę kolejny raz. Na różnych poziomach (EuroBaskety, eliminacje do nich, nawet turnieje o utrzymanie w eliminacjach), to samo się ciągle powtarza od „moich” (w koszykówce) 30 lat.

1991 wygrywamy z Bułgarią, ale najważniejsze mecze przegrywamy.

1993 pokonujemy supermocną Litwę, a potem wszystko w łeb, a chwilę później Słowacja nas spycha do piekła, czyli nie gramy nawet w eliminacjach do EuroBasketu 1995.

1997 awansujemy na EuroBasket w stylu desperatów, ogrywamy tam znakomicie Chorwatów i Niemców, a później marnujemy ćwierćfinał, a co gorsza szansę na grę w mistrzostwach świata, a później trzy razy z rzędu mając świetnych (jak się wydaje) koszykarzy nie wchodzimy do kolejnych EuroBasketów.

2004 boom na kosza nadal wielki, chcemy wygrywać z Francją i Słowenią, a za rok gromi nas Szwecja i Holandia, więc Marek Pałus musi wybłagać w FIBA dziką kartę, żebyśmy w ogóle mieli gdzie grać przez następne trzy lata.

2009 robimy EuroBasket w Polsce, znów wygrywamy z Litwą, a potem w kiepskiej atmosferze tracimy kolejne szanse na epokowy awans do ćwierćfinału.

2011 gramy świetnie w osłabionym składzie, straszymy Hiszpanię i ogrywamy Turcję - żeby przepaść na Wielkiej Brytanii.

2015 gramy znów dobrze, przegrywamy mecz nie do przegrania z Izraelem i potem już nie ma co zbierać z Hiszpanią.

I tak ciągle. Ciągle nam się wydaje, że już zaraz, za chwilę, a tu zawsze w najważniejszym momencie jest przegrana. Zmieniają się selekcjonerzy, zmieniają się zawodnicy, a porażki zostają. Jesteśmy niestety w sposób powtarzalny słabi. Nie umiemy wygrywać w koszykówkę. Taka jest prawda.

Ale co najważniejsze - nie mam żadnych pretensji do zawodników, a małe do trenerów. Oni we wszystkich tych przypadkach dali z siebie wszystko, zagrali na swoim poziomie, zrobili wiele, może wszystko, żeby wygrać.

Ale znów przegrali.

Dlaczego?

Zanim odpowiem, co moim zdaniem jest główną przyczyną. Kilka akapitów o wątkach pobocznych związanych z EuroBasketem 2017.

 

MERITUM CZĘŚĆ 2, czyli wątki poboczne EuroBasketu

To są naprawdę z mojego punktu widzenia drobiazgi, ale warto je poruszyć, bo one poruszały przez ostatnie trzy miesiące koszykarską publiczność.

Pierwsza sprawa - wątek trenera Mike’a Taylora. Czy jest nieudacznikiem? Czy słabo poprowadził Polaków? Czy z innym trenerem byłby przełom?

Moim zdaniem odpowiadając na powyższe pytania twierdząco, oszukujemy się. Skoro Taylor byłby winny, to oznaczałoby, że z polską koszykówką jest całkiem dobrze (skoro inny trener by zrobił sukces). Atak na Taylora to ściema. Skoro lepszy trener dałby dobry wynik, to należy uznać, że PZKosz w zasadzie popełnił tylko jeden zasadniczy błąd - z trenerem.

A jest moim zdaniem odwrotnie. To przy trenerze popełniliśmy najmniejszy błąd. Dał wiele, uważam go za dobrego fachowca, ale wszystkiego nie był w stanie naprawić.

Oczywiście, to go w żadnym sensie nie broni, bo wyników nie było. Zawsze może być lepszy. On sam, czy jego ewentualny zastępca czy następca. Ale w żadnym wypadku to nie jest pierwszorzędny problem. I dlatego dość o tym.

Druga sprawa - jak można ocenić występy A.J. Slaughtera jako porażkę? Rozumiem zarzut, że to nie Polak, że „kupiony” został do reprezentacji itp. Zostawiam to na boku, nie ma dla mnie większego znaczenia w tym momencie, o czym innym chcę dyskutować. Natomiast czysto sportowo niestety można go ocenić tylko jako „brak oceny”. Nie zagrał z powodu kontuzji w najważniejszych momentach dla tego turnieju - w końcówkach z Finlandią oraz z Francją i Grecją. A on właśnie po to był w kadrze, żeby wygrać takie końcówki i takie mecze. Nie zawiódł, bo nie grał. A właśnie jego umiejętności brakowało najbardziej w tych trzech momentach.

Trzecia sprawa - przy całym szacunku do umiejętności innych rozgrywających, których na EuroBaskecie nie było, uważam za sensowny pomysł Mike’a Taylora, żeby postawić na układ bez rozgrywającego jako opcję 3 w układaniu rotacji (po graniu z Koszarkiem i po graniu ze Slaughterem). Nasza gra nie wyglądała źle z Mateuszem Ponitką jako nominalnym rozgrywającym, a pozwalała nam tworzyć przewagi w ataku i nie odstawać w obronie. Uważam, że to nie było powodem porażek.

I raz jeszcze w tym momencie - nie mam żadnych pretensji ani uwag do zawodników.

 

MERITUM CZĘŚĆ 3, czyli polscy trenerzy

W tym temacie upatruję największego problemu i tu najwięcej jest do zrobienia.

Polscy trenerzy.

Poziom szkolenia.

Kłopot z tym jest w zasadzie w Polsce w każdej dyscyplinie. Nie ma się nad tym co rozwodzić. Widać to jak na dłoni, Polacy nie pracują za granicą ani w piłce nożnej, ani w siatkówce, ani w piłce ręcznej, ani w hokeju, ani w koszykówce. Incydentalnie pracują, żeby być ścisłym. Mam wrażenie, że po części jest tak dlatego, że to co było postępowe w polskim sporcie (na bazie AWF?) w latach 70. i niekiedy 80. (kiedy nasi trenerzy byli poszukiwani poza Polską), dzisiaj jest wsteczne i dawno nieaktualne. A my po części zostaliśmy tam.

Wracając do koszykówki.

Zbudujmy tę tezę piętrowo.

PIĘTRO 1. Polscy koszykarze są słabi, gdyż polscy trenerzy są słabi.

PIĘTRO 2. Polscy trenerzy są słabi, bo nie mają warunków do pracy (płace!), ale mimo wszystko nie tylko.

PIĘTRO 3. Polscy młodzi zawodnicy wyjeżdżają się szkolić za granicę, bo polscy trenerzy są słabi, przez co polscy trenerzy nie mają bodźców do rozwoju i nadal są słabi.

-

Zacznijmy więc od słabości polskich trenerów jako takiej.

Dowodów jest wiele.

Ten najnowszy to właśnie przyczyna porażek Polaków w EuroBaskecie 2017.

Śmiem twierdzić - to olśnienie spadło na mnie właśnie po meczu z Finami - że my przegrywamy mecze koszykarskimi fundamentami. Podstawami. Których nasi koszykarze w przerażającej większości nie wykazują w kluczowych momentach.

Prostymi podaniami.

Brakiem umiejętności minięcia rywala.

Pudłami spod kosza.

Absurdalnymi decyzjami w obronie.

Paniką pod presją.

Co łatwe do zaobserwowania, te brakujące u naszych cechy są obecne na poziomie europejskim u naszych reprezentantów, wychowanych gdzie indziej. Macieja Lampego, A.J. Slaughtera, miał to też Dardan Berisha.

Oczywiście, to okropne uogólnienie. Oczywiście, nasi najlepsi koszykarze, grając w zagranicznych klubach latami, niwelują te straty w koszykarskim wychowaniu. Mają też dużo atutów, często jakieś firmowe akcje, na ogół potrafią dobrze rzucać. To najłatwiejsze do nauczenia i kształcenia.

Ale kiedy przychodzi najważniejsza akcja meczu, trzeba trafić lub wybronić, padamy jak muchy w najbardziej korzystnych warunkach, robiąc rzeczy okropne. Przecież pamiętacie te wszystkie momenty. Nie muszę ich przypominać…

Dokładnie to samo zresztą mamy ostatnio w rozgrywkach młodzieżowych. Nasze kadry U20, U18 i U16 właśnie tak samo przegrywały kluczowe mecze i zostały w Dywizjach B Mistrzostw Europy. Decyzjami. Niemocą. Brakiem pomysłu i wiedzy oraz wykonania. Wyszkoleniem.

Dlatego wracam do tezy o szkoleniu. Tu widzę problem. Nie uczymy dobrze koszykówki. Nie umiemy.

Dowodów jest więcej. Na przykład to, że właściwie nigdy polski trener koszykówki nie pracował za granicą. Pojedynczy sezon (u dziewcząt) Jacka Winnickiego, praca na Słowacji Jerzego Chudeusza i właśnie rozpoczęta kadencja w Anglii Mariusza Karola to chyba wszystko w ostatniej dekadzie. [EDYCJA: zapomniałem w pierwszej wersji o Pawle Mroziku, asystencie w Cal Poly, I dywizja NCAA, należy o nim wspomnieć]. Nie imponuje.

Kolejny dowód? To, że w Polsce nie wychował się żaden zawodnik NBA. Mieliśmy trzech - Maciej Lampe (0 lat w Polsce), Marcin Gortat (rok w koszykówce w Polsce po przesiadce z piłki nożnej) i Cezary Trybański. Tego ostatniego kariera została zmieniona przez greckiego trenera, który jako pierwszy (w Pruszkowie) dał mu grać, a potem pomógł dostać się do Ameryki i samej NBA. Na początku tego procesu polscy trenerzy śmiali się, że w ogóle Trybański jest wypuszczany na boisko w PLK. Potem ci sami pytali, ile Grek zarobił i czemu się nie podzielił.

Co tam zresztą NBA! My nie potrafiliśmy do tej pory nawet wychować zawodnika, który stale grałby w Eurolidze w klubie poza Polską. Wydaje się to niemożliwe, ale to przecież prawda. Najbliżej tego był Adam Wójcik, ale jego sezon euroligowy w Belgii, drugi w Grecji i pół w Maladze też nie robi wielkiego wrażenia. Ani jednego gracza, który seryjnie pograłby w Panathinaikosach, Fenerbahcach, Barcelonach, czy nawet Bambergach tego świata. Nie muszę wspominać, że trudno znaleźć porównywalny kraj w Europie z tak mizernym dorobkiem.

A także jeszcze to, że nie potrafimy wychować od lat (może nawet 30?) ani rozgrywającego, ani środkowego. To dwie pozycje specjalistyczne. Trzeba naprawdę mieć wiedzę i umiejętności, żeby właśnie na te pozycje wykształcić cechy (i ciało), które pozwolą osiągnąć wysoki poziom. Przy całym szacunku, na pozycjach 2, 3 i 4 pewne rzeczy są jednak łatwiejsze do nauczenia i ogarnięcia. I tam właśnie mamy zawodników na wyższym poziomie.

Moim zdaniem główny problem jest taki, że nasi trenerzy nie mają się od kogo uczyć. Trener to zawód czeladniczy. Nie da się go wyuczyć na klinikach, pokazach i oglądając mecze w telewizji. Trzeba mieć swojego mistrza, który coś bezpośrednio powie, kiedy nabierze zaufania przekaże sekrety, ale którego także będzie się przez pełny cykl roczny lub dłużej obserwowało w pracy, na co dzień, w reakcjach, zachowaniach (także poza halą), dogłębnie i dokładnie. Sprawdzi się, jak reaguje w kryzysach i sukcesach, jak traktuje różne sytuacje i różnych zawodników. A także jak pracuje treningowo dzień po dniu, godzina po godzinie. Skutki takiej współpracy widać wyraźnie po najlepszych polskich trenerach (tym razem bez nazwisk), którzy bywają dokładnymi kopiami swoich mistrzów, u których byli wcześniej asystentami.

Kłopot w tym, że dobry czeladnik bywa u wielu mistrzów. I niestety wie, że najlepsi są dostępni poza Polską. Tu mamy duże braki. Pełne sezony pracy asystenta w klubach zagranicznych, nawet na własny koszt, to klucz do powodzenia na tym etapie. Nie na miesiąc, czy dwa tygodnie. Na rok czy dwa. Nie bali się takiej pracy mocniejsi od naszych polskich tuzów, choćby Saso Filipovski, który po latach pracy jako główny trener, nawet w Eurolidze, zatrudnił się jako asystent w CSKA Moskwa. Dlaczego? Albo Ainars Bagatskis, który rok temu będąc doświadczonym szefem reprezentacji Łotwy, bez wstydu asystował w Darussaface Stambuł Davidowi Blattowi. Tędy droga!

Kłopotów mamy więcej. Dlaczego młodzi polscy trenerzy, pracując z zagranicznymi fachowcami w Polsce, nie są później przez nich zabierani jako asystenci do kolejnych prac w obcych ligach? Tam - w obcym środowisku - dopiero postępowałaby prawdziwa nauka. Oni tymczasem zostają tu i często nieprzygotowani usiłują sami rozwiązywać problemy, do których nie są przygotowani. A przecież mamy wyjątkowo obecnie dobrą sytuację. Jak nigdy w ostatnich latach w PLK pracuje mnóstwo głównych trenerów Polaków, a asystentami są niemal wyłącznie Polacy. Nie ma już problemu, że obcokrajowcy zabierają naszym pracę…

Tutaj kilka nazwisk. Pytanie brzmi, kto tak naprawdę z wielkiego świata koszykarskiego, z wysokich poziomów, był w Polsce dłużej i od kogo można było się nauczyć, jak się szkoli. Kto był tym mistrzem tu, na naszej ziemi.

Od razu odpowiem, że moim zdaniem nie byli to np. Andrej Urlep i Tomas Pacesas, którzy ani przed ani po pobycie w PLK nie byli na koszykarskim trenerskim Olimpie. A u nas na takim są.

Ja bym podał inne nazwiska:

Saso Filipovski - u nas Stelmet i Turów - obecne sukcesy w Turcji mówią same za siebie.

Mladen Starcević - kiedyś Polonia 2011 Warszawa, obecnie szkoli młodzież na wysokim poziomie w Cedevicie Zagrzeb.

Mike Taylor - nie ma dobrej prasy, ale nie było u nas wielu trenerów, którzy pracowali w NBA (D-League to też część NBA).

To są ludzie, którzy sami byli czeladnikami u wielkich mistrzów i którzy w Polsce zostawili ślad. Ciekawe, że są polscy trenerzy, którzy współpracowali np. ze Starceviciem i Filipovskim (np. Gronek, Miłoszewski), a których warsztat jest dziś na zupełnie innym poziomie niż porównywalnych trenerów, którzy takiego szczęścia nie mieli. Co widać podczas meczów.

Ciekawym punktem odniesienia jest np. sytuacja w Asseco Gdynia, gdzie szkoła litewska miała swój dobry wpływ (choćby na przygotowanie fizyczne, które proponuje Piotr Szczotka). Ale z ciekawością obserwuję rozwój trenerski Przemysława Frasunkiewicza, który jednak jako zawodnik tych wzorców z najwyższej półki aż tylu nie miał. Podobnie z Igorem Miliciciem w Anwilu, który korzysta z źródeł chorwackich, ale jednak jego warsztat tworzył się w Polsce. Obaj są piekielnie inteligentni i poszukujący, ale czy to wystarczy? Czy nie zabraknie doświadczenia z wyższej półki, Euroligi poza Polską? No i mistrza, którego wspomnienie coś podpowie, albo do którego można zadzwonić po mądrość.

Jeszcze jedno nazwisko, które potwierdza ten schemat mistrz - czeladnik. To człowiek sukcesu ostatnich lat w naszym środowisku - Artur Pacek. Trener przygotowania fizycznego i rozwoju koszykarskiego w jednym. Twarz firmy Get Better, uczył się fachu w USA, obecnie jest w Rosie Radom, ale wielu koszykarzom pomaga. To jest ta jakość. To jest ta droga. On był gdzie trzeba i teraz jest tu objawieniem. Tego nam trzeba.

Do tego należy dodać Rafała Jucia, który nie jest trenerem, ale pracuje z ludźmi w NBA, od których można się uczyć. On też znalazł swoją drogę i nie bał się wyjść poza Polskę. Teraz jeździ co roku na 2-3 miesiące do Denver, pracuje w biurze Nuggets, będzie kiedyś mistrzem dla następnych.

Co ciekawe, wszystkie te postacie wśród „innych” polskich trenerów odbierane były jako tworzące „sekty” czy „zakony”. Często wyśmiewane. A o to przecież właśnie chodzi! Sam widziałem z bliska, jak wygląda to w USA, gdzie każdy trener ma swoją grupę wsparcia, opartą na mistrzu i wyznawcach. Najsłynniejsze w NBA jest towarzystwo zgromadzone wokół Gregga Popovicha z San Antonio Spurs. Mimo że wielu pracuje już jako szefowie w innych klubach, nadal się konsultują, doradzają, wspierają. O to chodzi!

To samo podpatrzyli od Amerykanów kiedyś Jugosłowianie i dzisiaj ich „mafię” widać niemal w każdej europejskiej lidze. Oni świetnie skopiowali amerykańskie wzorce koszykówki, nikt tego nie ukrywa. Pod każdym względem, taktycznym, technicznym, ale także tym „klanowym”.

Tego samego potrzebujemy w Polsce. Oby ten duch „mafii” przetrwał także wokół naszej reprezentacji seniorów, bo taki „zakon” potrafi tam tworzyć Mike Taylor. Myślę, że wszyscy asystenci i współpracownicy też od niego się wiele nauczyli, coś od siebie dając. Mistrz i czeladnicy. Mimo wszystko. Mimo że tu i ówdzie słychać, że ten czy inny asystent byłby lepszym trenerem niż Taylor.

Więc tu apel. Twórzmy też polską mafię trenerską. Razem. Bo w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby kogoś skrytykować i potępić, a może wyrzucić. Chodzi o to, żeby nasi polscy trenerzy, ci pasjonaci, zaczęli być coraz lepsi.

I kolejne apele.

Wychowajmy grupę polskich rozgrywających!

Niech to będzie nawet akcja. Na przykład „polska szkoła rozgrywania”. Niech tu do nas przyjeżdżają z całej Europy po zawodników na tę pozycję. Mądrych, rozumnych, szybkich, efektownych. Stać nas na to.

Dlaczego? Nawet jeśli nie mamy - podobno tak jest - wielu młodych zawodników z imponującymi warunkami fizycznymi (bo zabierają nam siatkarze i szczypiorniści), to zabierzmy się za metodyczne szkolenie tych o wzroście normalnym. 183-190 cm. Jest ich w naszym szkoleniu mnóstwo. (Przy okazji - mamy w każdym roczniku 700 chłopców w szkoleniu, to naprawdę niemało. Nawet jak 100 tylko się nadaje, a 10 jest uzdolnionych - wystarczy. To więcej niż na Islandii czy w Estonii, na Łotwie, a pewnie nawet niż w Słowenii).

Wracając do rozgrywających. Białej gorączki dostaję, jak pojawia się następny zawodnik o wzroście 198 cm, z którego na siłę robimy następnego wielkiego rozgrywającego. My, kraj, który na mistrzostwa Europy U16 i U18 wysyła na ogół po 5-6 zawodników o wzroście poniżej 190 cm, szukamy takich rozgrywających? Dajmy sobie spokój! Wykształćmy dziesięciu w skali PLK dobrych rozgrywających o wzroście zwyczajnym. Tym bardziej, że tacy rządzą na świecie.

Oto lista gwiazd ostatniego EuroBasketu na tej pozycji: Goran Dragić 190 cm, Thomas Huertel 189 cm, Kostas Sloukas 190 cm, Gal Mekel 190 cm, Sergio Rodriguez 190 cm, Sergio Llull 190 cm, Janis Blums 190 cm, Janis Strelnieks 191 cm, Dennis Schroder 188 cm.

NBA? Znalazłem taką listę najlepszych rozgrywających w tej lidze: Tony Parker 183 cm, Kyle Lowry 183 cm, Kemba Walker 185 cm, Damian Lillard 191 cm, Kyrie Irving 191 cm, Chris Paul 182 cm, John Wall 193 cm, Isaiah Thomas 175 cm, Stephen Curry 190 cm, Russell Westbrook 191 cm, Schroder 188 cm, Dragić 190 cm, Mike Conley 185 cm, Elfrid Payton 191 cm, Eric Bledsoe 185 cm…

Naprawdę, zróbmy najpierw sobie Huertela i Sloukasa, a później będziemy szukać następnego Magica Johnsona. Oczywiście są też wyżsi rozgrywający na świecie, ale nie porywajmy się na księżyc, skoro na razie nie umiemy polecieć szybowcem.

-

Drugi problem to wysocy. Dzisiaj każdy liczący się zespół narodowy w Europie i klub w Eurolidze ma co najmniej jednego, nowocześnie grającego, mocnego fizycznie, ruchliwego zawodnika o wzroście 210-218 cm. Nieprawda, że oni wyginęli. Oni są i straszą - także nas. Nie mówimy tu nawet o niewiarygodnych strzelcach Porzingisie czy Markkanenie, ale wyszkolenie Bobana Marjanovicia, Giannisa Bourousisa czy Gaspera Vidmara, którzy robili nam sporą krzywdę, nie jest poza naszymi możliwościami jako koszykarskiej społeczności.

Tym bardziej, że w ostatnich 15 latach nam pod względem wzrostu obrodziło. Tutaj taka lista: Adrian Bogucki, Jakub Karwowski, Marcel Kliniewski, Jakub Parzeński, Dawid Przybyszewski, Piotr Wojdyr, Tomasz Kwiatkowski, Bartosz Lewandowski, Paweł Mróz, Janusz Mysłowiecki, Jakub Kuśmieruk, Maciej Bender, Dominik Olejniczak, Adam Łapeta, Aleksander Balcerowski, Jakub Wojciechowski, Przemysław Karnowski. Siedemnastu. Nawet nie wiem, czy kogoś nie pominąłem.

Oby trzej ostatni zamknęli temat (są obecnie w kadrze), wystarczy. Ja z doświadczenia tych wielu lat widzę, że najchętniej takich zawodników, którzy mogą dać naprawdę wiele, ale mają zazwyczaj swoje ograniczenia, kłopoty i opóźnioną krzywą rozwoju (później idą w górę z umiejętnościami), zawstydzamy, wyśmiewamy, odstawiamy, narzekamy na ich zachowania. A to są lub były nasze wielkie szanse na to, żeby się oderwać od tego świata pełnego usterek i słabych fundamentów.

Ale trzeba z nimi odpowiednio, fachowo, mądrze, pracować! A my niestety dotąd, jesteśmy słabi. Na przykład wmawiając sobie i innym, że mogą na centrze grać faceci o wzroście 201 cm, bo „tak się teraz gra na świecie”…

-

Opowiadam tu zresztą tylko na przykładach z góry drabiny koszykarskiego świata, a największy kłopot mamy na dole. Tam mamy trenerów, o czym była mowa wyżej, którzy nie dają fundamentów, kiedy ich najbardziej jest potrzeba. Tutaj coś zawalamy, co powoduje, że potem jesteśmy z tyłu.

I nie przemawiają do mnie powtarzające się co chwila w dyskusjach argumenty, że trenerzy na Litwie, Łotwie, we Francji czy w Hiszpanii „robią to co my”.

To jest jeden z największych problemów polskiego świata trenerskiego. Słyszę to co chwila. Kiedy zawodnicy (na jakimkolwiek szczeblu) opowiadają, że zagraniczny trener pokazał im coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli, że otworzył im oczy, to nasi trenerzy po wizytach za granicą (lub klinikach z udziałem wybitnych trenerów z zagranicy) jednym chórem zawsze mówią „ja tam się niczego nowego nie dowiedziałem”, „my to wszystko już wiemy”, „my robimy to samo”.

Otóż NIE! NIE! NIE! Tamci robią to inaczej, lepiej, są lepsi, a Wy wielu rzeczy nie wiecie. I ja - Adam Romański - nie powiem Wam, co to jest, co robicie źle. Nie znam się na tym na tyle. Musicie sami do tego dojść, ale proszę Was - nie ustawajcie, dopóki się nie dowiecie. Bo naprawdę, nie robicie tego dobrze, co widać po rezultatach Waszej pracy. Przykro mi, ale jesteśmy słabi i pierwszym krokiem ku postępowi jest uświadomienie sobie tego.

-

Wróćmy więc do PIĘTRA 2. Polscy trenerzy nie mają warunków do pracy. Także dlatego żadnego z nich nie ośmielę się krytykować. To są inteligentni ludzie, często wielu z nich szuka wiedzy na własną rękę. Niestety, są słabo opłacani (oddzielny temat, jak to zmienić). Więcej o tym także niżej. Inwestycja musi tu być zrobiona.

Przypomina mi się rozmowa z jednym z decydentów polskiej koszykówki o trenerach kadr młodzieżowych. Niestety, wszyscy w 2017 polegli, przegrywając decydujące mecze z Wielką Brytanią, Estonią, Islandią i tym podobnymi zespołami. Dla mnie to nie do przyjęcia, ale przyczyny moim zdaniem wyłożyłem powyżej. Na element krytyki mój rozmówca zareagował nerwowo: „Ale przecież to są najlepsi! Skąd wziąć następnych, jeśli tych wyrzucimy?!”. I tu jest pies pogrzebany.

Bo nie chodzi o to, żeby Tomasza Niedbalskiego (U20) czy Marcina Klozińskiego (U18) wymieniać na innych. Chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym ci panowie będą stawali się coraz lepsi. W którym być może zmienimy niestety ich status z nauczycieli w uczniów, nie zabierając im szansy nauczania. Zbyt często po roku-dwóch-trzech trener zaczynający pracę, uczący się wychowywać i wygrywać, u nas staje się trenerem kadry narodowej. Jeszcze nikogo nie wychował, jeszcze niczego nie wygrał, a już jest „młody zdolny” i zaczyna pracować tam, gdzie powinni być tylko naprawdę sprawdzeni. Uczy się porażek i niepowodzeń niestety na żywym ciele reprezentacji młodzieżowej, co jest bolesne nie tylko dla niego, ale i dla całego PZKosz.

Bo niestety, jak całe środowisko, na teraz - co pokazują powtarzające się wyniki - nasi trenerzy, jak my wszyscy w koszykówce, nie są wystarczająco dobrzy. I naprawdę nie jest to wina zawodników, ich braku ogrania itp. Jakie ogranie mają bowiem Estończycy czy Brytyjczycy? Co oni mają, pracując z tymi swoimi 100 zawodnikami w roczniku, czego my nie możemy mieć? Mają tyle, ile trenerzy ich nauczyli - jak powtarzał mi poza anteną współkomentujący ze mną czasami siatkówkę świętej pamięci Andrzej Niemczyk. Musimy więc zadbać, żeby nasi trenerzy uczyli naszych więcej.

Idziemy dalej.

-

PIĘTRO 3. Ścieżka kariery młodych zawodników.

To temat rzeka, ale poświęcę mu miejsce, może w wersji skróconej. Z punktem wyjścia, że brakuje nam mentorów, którzy pomogliby podjąć dobrą decyzję, mądrze doradzić i mądrze odradzić. Ich się nie stworzy sztucznie, ich musi wykreować reputacja, której w tej chwili nie ma. (A wiadomo, że i tak w końcu decydują sami chłopcy i ich rodzice).

Po pierwsze, wyjazdy młodych zawodników za granicę to nie sukces naszych koszykarzy, ale klęska. To głównie interes tamtych, a nie nasz (środowiska koszykarskiego w Polsce). To amerykańskie szkoły szukają szans w tym, że sprowadzą wyróżniającego się koszykarza z kadry młodzieżowej Polski i dlatego piorą mu mózg, jak to dla niego korzystne. Rzadko. Na ogół korzystne przede wszystkim dla szkoły.

To samo w Europie. Przecież Barcelona nie bierze młodych zawodników z całej Europy po to, żeby im sprawić przyjemność, ale żeby wygrać wyścig po przyszłą gwiazdę. A że przy okazji wyprodukowania jednej gwiazdy kilkunastu koszykarzy spadnie z wysokiego konia, nic nie szkodzi.

Nam szkodzi. Tracimy kolejnych koszykarzy. A nie mamy ich wielu.

Są oczywiście wyjątki. Luka Doncić miał 13 lat, kiedy opuścił Słowenię i pojechał do Madrytu, a Kristaps Porzingis niewiele później wyjechał z Łotwy na Wyspy Kanaryjskie. Jednakże warto rzucić okiem na listę zawodników zagranicznych w NBA. Spośród 68 Europejczyków w NBA zaledwie trzech przyjechało do USA przed college (czyli do szkoły średniej), a tych, którzy studiowali w USA jest także niewiele. Na 19 slajdzie prezentacji w tym newsie widać także, że co roku do draftu NBA trafia kilkunastu zawodników bezpośrednio z Europy, a tylko ośmiu w sumie było w latach 2010-2016 Europejczyków z amerykańskich uniwersytetów! Droga na szczyty światowej koszykówki wiedzie przez Europę, a najwięcej korzyści daje - także według mnie - hołdowanie zasadzie „najpierw zostań najlepszym między swoimi, a później jedź rywalizować z innymi”.

Tymczasem nasze talenty są wysysane z Polski zanim cokolwiek umieją i osiągną. Przykłady z ostatnich lat Przemysława Gołka (ur. 2000), który wyjechał do Kanady w nieznane, a także Igora Yoki-Bratasza (ur. 2001), który popełnił ten sam błąd, są dla mnie osobiście przerażające. Oby ich kariery z amerykańskich prowincji wróciły na właściwą ścieżkę.

Podobnie jak przypadek koszykarza, który kilka lat temu zrobił na mniej ogromne wrażenie - Macieja Bendera. Od trzech sezonów mógł on być już zawodnikiem PLK, moim zdaniem grałby obecnie w pierwszej piątce zespołu z góry tabeli, a na jego mecze przyjeżdżaliby skauci z Euroligi i NBA. Zamiast tego - w piątym sezonie pobytu w USA - ten 20-letni zawodnik (210 cm wzrostu) przeraził mnie swoją grą w pierwszym w sezonie meczu swojej uczelni West Virginia. Jest tam na drugim roku. Przez 18 minut gry oddał jeden przypadkowy rzut, a miotając się po boisku stawiał zasłony amerykańskim kolegom, coś tam zebrał i zablokował. Jak widać tutaj jest to mniej więcej to, co będzie w tym sezonie dla legendarnego trenera Boba Hugginsa wykonywał. Ja bardzo wszystkich przepraszam, zawodnika, rodzinę, jego mentorów, ale jeśli najlepszy koszykarz tego rocznika w Polsce, ze świetnymi warunkami fizycznymi, po dobrych występach na ME kadetów i juniorów, ma po pięciu latach od wyjazdu wyglądać tak właśnie, to znaczy, że coś poszło bardzo źle. Wystarczy porównać z Szymonem Kiwilszą, ten sam rocznik, grali wspólnie, skali talentu (wybacz Szymon) nie ma co porównywać, który staje się już teraz poważnym zawodnikiem PLK, a za chwilę będzie pukał do kadry seniorów i zarabiał poważne pieniądze w koszykówce. Kto wie, czy nie będzie miał lepszej kariery od Macieja Bendera.

Jeszcze jedna emocja z tym związana. Mowa ciała Macieja Bendera w West Virginii przypominała mi niestety to, z czym miałem do czynienia pracując w klubie ze Słupska prawie 10 lat temu z Pawłem Malesą. Za tym świetnym chłopakiem przed wyjazdem do USA, gdzie trafił do niepasującej do niego kompletnie pod żadnym względem małej uczelni Canisius, oglądało się wielu w Europie, w tym prezes Anwilu Włocławek, który mówił mi wtedy osobiście, że „ten Gortat jest OK, ale Malesa to dopiero jest gracz”. Paweł wybrał USA i wrócił w stanie „przepraszam, że nie spełniam oczekiwań”. Nigdy się z tego nie otrząsnął i mając 27 lat przestał grać na zawsze. Oby to się nie powtórzyło nigdy więcej.

To samo dotyczy Jakuba Nizioła i Dominika Olejniczaka, którzy zmarnowali już poza Polską bardzo dużo czasu, oby ten sezon pozwolił im odzyskać koszykówkę. Dla kilku innych grających wśród obcych, dla obcych, często jest już za późno.

Te przykłady są tylko po to, żeby zilustrować jedną tezę. Ci koszykarze w Polsce potrzebują porządnych trenerów, a nasi trenerzy potrzebują tych koszykarzy, żeby pokazać, że potrafią pracować i wychowywać młodych zawodników. Oni muszą tu zostać, żeby cały układ się domknął. Jeśli z każdego rocznika 5-10 najlepszych wyjedzie w nieznane, nic z tego nie będzie. Niech wyjeżdżają po debiutach w PLK, po mistrzowskich tytułach w U20M, po kilku znakomitych sezonach w kadrach młodzieżowych, itp. Niech wyjeżdżają jak Lauri Markkanen czy kiedyś Dirk Nowitzki, którzy opuszczali swój kraj mając 19 lat i za sobą dobrą szkołę trenerską, ale grę zaledwie w swoich drugich ligach. I o takich właśnie biły się najlepsze marki świata.

Muszą jednak czuć zaufanie, że na nich się tutaj stawia oraz że poziom trenerski jest wystarczająco wysoki.

-

Cały ten obrazek polskiej koszykówki sprawia, że mam wrażenie, iż - przepraszam za wyrażenie - u nas ciągle ślepy wiedzie kulawego. Nauczycielami koszykówki są ludzie, którzy niestety sami się nie uczyli koszykówki dobrze. Przykładem niech będzie pokolenie 1997, czyli zawodnicy siódmego zespołu EuroBasketu 1997. Są to świetni faceci, idole, grali fajny basket. Ale nie dość, że nie powtórzyli tego z kadrą w kolejnych latach (a najstarszy z nich miał w 1997 roku 28 lat, najmłodszy 23), to jeszcze dzisiaj - po 20 latach - żaden z nich nie istnieje w wielkiej koszykówce (wtedy też zresztą z tym było średnio). Owszem, podobnie jak trener Eugeniusz Kijewski, część z nich pograła w Eurolidze (ale w polskich zespołach), natomiast dopiero teraz kilku z nich przebija się do koszykarskiego szczytu. Od dołu.

To jest w sumie dobra ścieżka. Szedł nią tragicznie zmarły Adam Wójcik, zawsze go będzie szkoda… Dominik Tomczyk był trenerem Śląska w 1LM, teraz ma robić sukces z AZS Opole w 2LM. Mariusz Bacik wreszcie w tym sezonie został pierwszym trenerem Polonii Bytom (2LM), zobaczymy jak będzie z wynikami. Robert Kościuk pracuje u podstaw we Wrocławiu w 2LM (UKS Gimbasket), ale przez kilka lat był niestety - jak się śmialiśmy „weteranem dzikiej karty” do tych rozgrywek. Maciej Zieliński został wiceprezesem ambitnej Polonii Leszno z 1LM i to będzie świetna scena dla byłego parlamentarzysty. Andrzej Pluta szkoli indywidualnie zawodników. Mój partner z Polsatu Tomasz Jankowski poza komentowaniem nie ma wiele wspólnego z koszykówką.

Kilku z nich pokazało już w świecie „po karierze” tyle, że warto do nich wrócić. Ale czy stali się nauczycielami wielkiej koszykówki? Czy mają tę wiedzę?

 

MERITUM CZĘŚĆ 4, czyli kluby

Krótki wątek, ale trzeba poruszyć. W sprawie klubów też jesteśmy niestety słabi, choć oczywiście są wyjątki na plus. Jednak potrzebujemy zdecydowanie więcej takich, które konsekwentnie i mądrze dają szansę trenerom, budują prawdziwą pracę w pionie sportowym (baza, liczba ludzi do pracy, możliwości, zachęty, przykłady), a przede wszystkim nadają rangę pracy nad jakością trenerów i zawodników poprzez zatrudnienie dyrektorów sportowych. Oni po prostu muszą być, na każdym poziomie, tu jest miejsce dla byłych zawodników i byłych trenerów. Ale też takich, którzy chcą się uczyć i rozwijać.

To ci fachowcy - nie jako prezesi klubów! - muszą zamknąć problemy opisane wyżej. Muszą dać trenerom szansę się rozwijać, dać im wiedzę, być mentorami dla zawodników, część z nich w naturalny sposób zacznie później pracować dla PZKosz i PLK (w sensie biur i reprezentacji). To tu musi być pierwszy sprawdzian dla byłych kadrowiczów, którzy domagają się miejsca w koszykówce, ale na żadnym froncie jeszcze się nie sprawdzili.

Żeby robić dobrą pracę w klubie, wcale nie trzeba tu ogromnych budżetów. Przykładów jest mnóstwo w innych sportach, ale nawet i u nas. Są już piony sportowe z dyrektorami, którzy są pasjonatami, zajmują się kreowaniem trenerów, zawodników i drużyn. Nie wiem, jak to możliwe, że wciąż jeszcze ostały się kluby walczące o medale w PLK, które niemal w ogóle lub kompletnie wcale nie dbają o pracę z młodymi. To przecież nie tylko ewentualne wzmocnienie drużyny PLK, ale budowanie sieci społecznościowej (dzieciaki, rodzice, rodziny itp.). Ilu sponsorów weszło całym swoim życiem w koszykówkę, bo dziecko grało? Trzeba wymieniać?

I przepraszam kibiców i szefów drużyny mistrza Polski z Zielonej Góry, którą bardzo cenię za świetne środowisko koszykarskie… Ale jak to możliwe, że w drugoligowych rezerwach tego klubu w tym sezonie najlepszym zawodnikiem okazuje się… 34-letni trener, który rozebrał się z dresu po kilku kolejkach, zaczął grać po kilku latach przerwy, i jest nie do zatrzymania. Z kolei we Włocławku, który lideruje PLK, wszystkich (a było ich kilku co najmniej!) fajnych młodych zawodników oddano do innych miast i państw, a rezerwy - w których też grali zresztą po części wiekowi weterani - wycofano z 2 Ligi?

Nie do zastąpienia jest udział w rozgrywkach europejskich. Brawo dla tych, którzy to robią. O Stelmecie nie ma co wspominać, jest w tym konsekwentny i dobrze. Wystarczy spojrzeć, jak urosła Rosa Radom przy małym budżecie. Dobrze, że próbowała Stal Ostrów, ale jak to możliwe, że są kluby z budżetami powyżej 5 czy nawet 7 mln złotych, które nie znajdują środków na puchary? Mając 2-3 miliony powinno się grać w pucharach, zyskiwać na tym, rosnąć, rozwijać się. Absolutny priorytet. Zrozumieli to w lidze żeńskiej, gdzie wszyscy chcą grać w Europie.

Kiedy będzie więcej grania z zagranicznymi rywalami, wtedy liga urośnie - i faktycznie, i sportowo, i w oczach widowni.

Żeby nie było, że tylko wytykam innym, dorzucę tu krótko, że słabe są też koszykarskie media. Ja też, jako ich część, jestem słaby. Wiele tu jest do zrobienia, ale to temat na inny raz.

 

MERITUM CZĘŚĆ 5, czyli pożegnanie z 2PL

Kolejny temat musi tu paść. Najważniejszą sprawą jest jakość trenerów i budowanie karier zawodników, ale sprawy administracyjne są też ważne. Tym bardziej, że o projekcie „dwóch Polaków na boisku” mówią wszyscy, choć mało kto ma wiedzę, jakie są rzeczywiście skutki tego przepisu, który obowiązuje w obecnej formie od 2009 roku, a w ogóle od 2007.

Na początku trzeba zauważyć, że zacietrzewienie wrogów 2PL też jest zjawiskiem, które trzeba wziąć pod uwagę jako temat sam w sobie. Znam prezesów i trenerów ligowych (nie tylko kibiców!), którzy potrafią się przy tym temacie pobudzić jak mało przy którym. Likwidacja 2PL przyniesie więc też spokój, co jest ważne.

Tak, likwidacja.

Uważam bowiem, że od tego przepisu trzeba jak najszybciej odejść.

Najpierw jeszcze jedna uwaga. Nadal uważam, że to była potrzebna i uzasadniona próba. Mieliśmy 10 lat temu grupę koszykarzy (a za chwilę pojawiła się kolejna i jeszcze kolejna), której warto było dać gwarantowane minuty w PLK i spowodować, że przymus grania Polakami spowoduje konieczność rywalizacji o coraz lepszych zawodników stąd. I ich rozwój.

Zawsze będę powtarzał, bo argumenty są różne, że ta szansa, którą daje 2PL, jest tylko szansą. Dawało to, co powinno być, kiedy dba się o rozwój koszykarza, czyli brak odsunięcia, kiedy początkowo nie idzie. To dobre zjawisko, kiedy budujemy. Każdy z Polaków, którzy grali w PLK w czasie obowiązywania 2PL, z tego korzystał. Nie był odsuwany, nawet jak mu nie szło. Czasami ze szkodą dla klubu, czasami ze szkodą dla widowiska, ale nigdy ze szkodą dla tego zawodnika. Kiedy dołożył do tego talent i pracę (i zaistniało wiele innych czynników), mógł pójść tak wysoko, jak jeszcze praktycznie żaden polski koszykarz nie zaszedł. Jak Damian Kulig czy Adam Waczyński.

I drugie porównanie - to tak jak ze mną. Nie miałem żadnego wpływu na upadek komunizmu w 1989 roku, kiedy szykowałem się do matury. Samo to zjawisko nie zrobiło ze mnie lepszego człowieka i nie załatwiło mi kariery w mediach i PZKosz. Ale wiele rzeczy, które nie były możliwe przed 1989, mi umożliwiło. Może nadal - jak w Korei Północnej - mielibyśmy jeden kanał telewizji, a przecież Włodzimierz Szaranowicz, mistrz od koszykówki, ma się dobrze... Tak samo było z eksplozją internetu pod koniec lat 90. - bez niej też funkcjonowałem, ale ile mi otworzyła.

I tak samo - dla polskich koszykarzy - było z przepisem 2PL w ostatnich 10 latach.

Nie ma tu miejsca na liczby i porównania, fakt jest taki, że - tak musiało być - zawodników polskich grających w PLK na porządnym poziomie jest więcej. Nawet najlepszych zespołach spełniają oni ważne role. Większość krytyków tego nie pamięta, ale tak 10 lat temu nie było. Pokolenie zawodników z roczników 1980-1985 zostało stracone, praktycznie nikt się nie przebił, mimo że talentów było tyle samo co w kolejnych pokoleniach. Zawsze piszę, że to może być przypadek, ale głosuję za tym przypadkiem.

Wracając do tezy - to była droga na skróty, w pewien sposób oszustwo sportowe, żeby doczekać postępu i na tym zbudować sukces reprezentacji, który napędzi całą resztę - popularność dyscypliny, liczbę chętnych do uprawiania sportu itp. To się zawsze dzieje po sukcesie. Jak widać po wynikach - nie było daleko. Przepis pomógł stworzyć grupę zawodników, która po raz pierwszy w historii (tak!) rywalizowała w ostatnich dwóch latach z każdym rywalem, nawet z mistrzami Europy. Mogło się zdarzyć coś więcej. Dlatego warto było tego spróbować.

Ale się nie udało. Temat jest zamknięty. Teraz - o czym będzie jeszcze niżej - nie mamy co liczyć na jakiekolwiek sukcesy. Bo nie ma gdzie. Przepadło.

Ponadto na EuroBaskecie 2017 w najbardziej kluczowym z kluczowych meczów trener reprezentacji Polski nie wypuścił w ogóle na boisko zawodników, którzy na 2PL zyskali wiele, a może wszystko - Michała Sokołowskiego i Karola Gruszeckiego. A pozostali, którzy z tego przepisu korzystali krócej lub dłużej - Damian Kulig, Mateusz Ponitka, Adam Waczyński, Łukasz Koszarek, Adam Hrycaniuk i inni - nie dali rady.

Skoro tak, to nie ma się tego co trzymać.

Oczywiście, szkoda będzie zaprzepaścić to, co pozytywnego stało się dzięki temu przepisowi w ostatnich latach w polskiej koszykówce. Są przecież drużyny rezerw w 2LM lub inne współpracujące (realnie, nie na papierze) wokół kilkunastu drużyn PLK, czego NIGDY nie było. Jest spora grupa koszykarzy w wieku 18-22 lat, którzy realnie istnieją w PLK, czego od lat nie było, a procent uczestniczących młodych w grze w PLK jest na podobnym poziomie jak w innych podobnych i lepszych ligach. To są dobre rzeczy, jest ich więcej, zawsze powtarzam, że jeśli ktoś nie widzi pozytywów 2PL, to jest tak samo zaślepiony jak ten, który nie widzi negatywów. A te są oczywiście.

Moim zdaniem trzeba mieć nadzieję, że odejście od 2PL nie spowoduje odejścia od pozytywnego myślenia o polskich zawodnikach, które się w PLK urodziło. Pewne rzeczy się już nie odstaną, świat się zmienił. Rozsądna jest propozycja grania z siedmioma Polakami w składzie na każdy mecz (zawsze siedmiu, jeśli skład 10-osobowy, czy 12-osobowy), bez żadnej gwarancji minut. Tak to powinno wyglądać. Moim zdaniem nie obniży to znacząco kwot kontraktowych Polaków (a to jest główny zarzut), ale możemy to sprawdzić. Za kilka lat się dowiemy.

Jestem też za bonusem dla klubów grających w pucharach właśnie w tej dziedzinie. Kto gra w Europie, niech ma możliwość gry sześcioma Polakami. Będzie to zachęta, a jednocześnie gwarancja gry Polaków nadal pozostaje - przy dwóch meczach w tygodniu nie da się grać szóstką (obcokrajowcami), mniej więcej w tym samym stopniu, w jakim przy jednym meczu w tygodniu (bez pucharów) nie da się grać w piątkę (obcokrajowców).

A na boisku niech już grają, jak trener chce.

 

MERITUM CZĘŚĆ 6, czyli reforma rozgrywek

I tu ostatni temat, bardzo istotny w całej tej układance. (Dodam może tylko jeszcze, że pomijam tu ważną sprawę tzw. ekwiwalentów za wychowanków, której należy się oddzielny wpis, ale to kiedy indziej). Ten temat to system rozgrywek.

Żeby spełniał on swoją rolę, czyli łączył rozrywkę z elementem rozwoju, powinniśmy mieć do czynienia z układem pionowym, podobnym do piłkarskiego, czyli np. pięcioma czy sześcioma poziomami rozgrywek, od PLK do piątej ligi.

Dlaczego nie? W poprzednim sezonie w PLK, 1LM, 2LM i 3LM łącznie grały 162 zespoły (kolejno 17, 16, 53 i 76). Gdybyśmy mogli rywalizować w PLK, 1LM i 2LM po 14 zespołów (może w PLK 16), a później w 3LM dla 2 grup po 12, w 4LM dla 4 grup po 10 i wreszcie w 5LM zostałoby jeszcze dla ponad 50 klubów (rozgrywki w strefach), można by naprawdę rozkręcić tę rywalizację.

Tego się jednak zrobić w Polsce nie da.

A to dlatego, że samorządy miast - najważniejsi sponsorzy klubów - chcą dofinansowywać tylko kluby z dwóch, a co najwyżej trzech, najwyższych szczebli rozgrywek. Są na to tabelki, rozpiski. Dlatego rozgrywki będą pęcznieć, dlatego za chwilę będziemy mieli kłopot z powiększającą się liczbą chętnych do 1LM i klubami - trudno im się dziwić - dla których spadek z tej ligi będzie tragedią.

Szkoda, ale moim zdaniem ruch i tak trzeba wykonać.

A powinno nim być stworzenie PLK-bis zamiast 1LM.

Oczywiście, niech to będzie nadal nazewniczo 1LM, ale niech gra i funkcjonuje jak PLK. Niech grają tam obcokrajowcy na zasadach takich samych (tak!) jak w PLK. Nie ma powodu, żeby było inaczej. Tak jest w większości krajów o podobnej wielkości, Niemczech, Hiszpanii, Francji, Włoszech. Tam drugi poziom rozgrywek jest mocny, ma też telewizję na poważnie (i tak musi być i u nas), ale tego nie zrobimy bez zawodników zagranicznych.

Dzięki takiemu rozwiązaniu spadek z PLK nie będzie też taką tragedią, jak obecnie, kiedy jest przejściem z zawodowstwa do amatorstwa. Środowiska z miast, które są stale w 1LM lub czołówce 2LM, zasługują na taką właśnie koszykówkę, bardziej światową, widowiskową. Przy okazji rozluźnią się sprawy płacowe i powinna zniknąć, na co niektórzy zwracają uwagę, grupa zawodników niezainteresowanych rozwojem sportowym, a świetnie prosperująca latami w 1LM w roli gwiazd, która w potencjalnym rozwoju polskiej koszykówki znaczenie ma niewielkie.

O polskich koszykarzy nie ma się co martwić. Skoro będzie - powiedzmy - 16 klubów PLK i 16 tej nowej 1LM z siedmioma Polakami w składzie to mamy tu 224 zawodników w obiegu. W 2LM będzie ich kolejnych 500 (tam też powinien być jeden obcokrajowiec co najmniej na zespół) - to razem daje ponad 700 koszykarzy grających w poważnych rozgrywkach. Poważnych, czyli seniorskich, z sędziami, komisarzami, we w miarę profesjonalnych halach oraz mających zagwarantowane co najmniej 25 meczów w sezonie.

Wystarczy. Na teraz więcej nie potrzebujemy.

--

EPILOG czyli co dalej?

W piątek 24 listopada zaczynają się kwalifikacje do mistrzostw świata, w których gramy de facto w grupie 8 zespołów, najpierw z Litwą, Węgrami i Kosowem, a później z Włochami, Chorwacją, Rumunia i Holandią. W drugim etapie odpadną dwa zespoły z tych ośmiu. Awansują na MŚ trzy.

W tych kuriozalnych kwalifikacjach, które będą świetnie opakowane i będą największą wydmuszką świata koszykówki od czasu Suproligi, nie mamy nic do zyskania. Nie ma żadnego powodu uważać, że pokonamy kogoś z grona Litwa, Włochy, Chorwacja, nawet jeśli to będą zespoły rezerwowe. Jesteśmy słabi, a oni mocni, o tym było wyżej. Nawet jednak jeśli wejdziemy do MŚ rozgrywanych we wrześniu 2019, niewiele to zmienia. Tam też nic nie wywalczymy, bo niby dlaczego i jak?

W latach 2019-2021 grać będziemy w równie dziwnych kwalifikacjach do mistrzostw Europy 2021. Odbędą się w nich - uwaga! - tylko trzy mecze w Polsce i trzy na wyjeździe podczas dwóch sezonów 2019/2020 i 2020/2021 (oczywiście nie latem, tylko w listopadzie i lutym). Na dodatek w każdej grupie będą cztery zespoły, z których awansują trzy. Pasjonujące. Wystarczy wygrać dwa razy z Kosowem (lub tego typu drużyną) i awans jest pewny.

Mamy więc cztery lata, do września 2021, podczas których nic się istotnego w polskiej koszykówce reprezentacyjnej nie wydarzy. Nie ma też szans, żeby porwać tłumy tymi rozgrywkami bez zawodników NBA i Euroligi.

To unikalny prezent od FIBA dla polskiej koszykówki. Przekujmy to w sukces!

Wykorzystajmy więc ten czas na budowę. Zbudujmy polskich trenerów, żeby poprawili swoją klasę, żeby „potrafili”, żeby byli gotowi. Wyślijmy ich na pełne sezony w świat, niech podpatrują, pracują, podejmują decyzje. Niech wrócą po roku, dwóch, trzech i uczą następnych. Mamy cztery lata.

Co z koszykarzami? Dzisiejszych 20-28-latków, którzy już się na jakiś poziom wspięli, wysyłajmy do dobrych miejsc, wspierajmy, poprawiajmy, ile się da, twórzmy społeczność wokół reprezentacji, niech czują szansę i cel, wiedzą, że jest czas i że się na nich stawia. Mamy cztery lata. O starszych powoli zapominajmy.

Dzisiejszych 14-20-latków poprowadźmy tak, żeby w 2021 byli gotowi do gry na wysokim poziomie, w kadrze seniorów i młodzieżowych. Niech pracują już inaczej. Mamy cztery lata, żeby ich nie zmarnować.

Dzisiejszych 10-14 latków dajmy fachowcom, którzy wiedzą więcej o wychowywaniu zawodników niż my tu w Polsce. Niech przyjadą jak najszybciej, dajmy im jako asystentów naszych zdolnych trenerów, akurat tych, którzy nie wyjadą się szkolić za granicę. Im więcej będzie tych przyjezdnych, tym lepiej.

Trzeba odkreślić grubą kreską to co próbowaliśmy robić i podtrzymywać temat reprezentacji, niech ona wygrywa ile się da, ale skupić się na czym innym.

I tak przez te cztery lata nic nie będzie z żadnej popularyzacji poprzez marketing, wideo w internecie, zejście do szkół, nawet jak wydamy trzy czy pięć milionów na akcje wśród dzieci i starszych. Nie pójdziemy śladem piłki nożnej, bo to jedyna dyscyplina, która miała słabą reprezentację, a potrafiła zrobić dobrą ligę i być megapopularna. W żadnym innym sporcie się to nie udaje bez sukcesów Polaków, czy to w formie reprezentacji (siatkówka, piłka ręczna), czy w sportach indywidualnych (skoki i biegi narciarskie, tenis…). Fachowcy od marketingu wiedzą o tym doskonale, więc tylko biją pianę, krytykując PZKosz za brak rozwoju dyscypliny. Pewnych rzeczy bez sukcesów się nigdy nie zrobi i już, co nie znaczy, że nie należy próbować. Należy, lepiej niż dotąd.

-

Jeśli ktoś dotarł do tego momentu, to znaczy, że naprawdę żyje koszykówką. Dziękuję za to. Zapraszam do dyskusji. To już wszystko. Aha - i jeszcze jedno. Wygrajmy z tymi Węgrami i Litwą. #DawajPolska #KoszKadra

10:44, adrom72
Link Komentarze (13) »