RSS
piątek, 24 listopada 2017
Jesteśmy słabi i od tego zacznijmy

Ten wpis miał powstać od razu po EuroBaskecie 2017, bo jest niejako podsumowaniem tego turnieju w wykonaniu koszykarskiej reprezentacji Polski. Wtedy jednak było tyle pracy, tyle rzeczy, które trzeba było zrobić - z poczucia obowiązku choćby - że z tygodnia na tydzień był odkładany. Aż przyszedł moment, w którym Polska gra z Węgrami kolejny mecz reprezentacyjny o punkty…

Nie sądzę, żeby po piątkowym meczu w Bydgoszczy cokolwiek z tego, co napiszę poniżej stało się nieaktualne, ale wypada skończyć to pisanie, które zacząłem na początku września, przed kolejną akcją reprezentacji.

Najpierw kilka zdań o sobie i moim sposobie myślenia. (KOGO TO NIE INTERESUJE, NIECH PRZEJDZIE DO MERITUM - JAKIEŚ 7 AKAPITÓW DALEJ)

Od 30 lat - mniej więcej od czasu, kiedy grany był ten świetny mecz przypomniany przez Łukasza Ceglińskiego tutaj - jestem w koszykówce. Grałem, prowadziłem jakieś amatorskie drużyny, sędziowałem, pisałem, mówiłem, organizowałem, rozmawiałem o małych i dużych problemach - nieustannie. Prowadzę archiwum, pasjonuję się, dużo czytam i oglądam, dlatego też uważam, że mam podstawy do wypowiadania się. Zainteresowanie koszykówką wprowadziło mnie w chęć poznania detali, więc choć nie jestem profesjonalistą w wielu dziedzinach basketu, jak marketing czy praca trenera, to jednak wiem o nich wystarczająco wiele.

Nie oznacza to w żadnym stopniu, że ktoś, kto ma mniejsze doświadczenie lub zna koszykówkę mniej lub jednostronnie, nie może się wypowiadać. Może a nawet musi. Dyskusja jest potrzebna. Piszę to po to, żeby oszczędzić czasu na zbędne moim zdaniem dyskusje na temat „piszesz o czymś, na czym się nie znasz”. Znam się wystarczająco, żeby z Tobą podyskutować.

Będą tu także użyte nazwiska i przykłady, ale wyłącznie jako przykłady. Ja nikogo nie potępiam i nie atakuję. Jeśli krytykuję czyjąś drogę, wybory lub stwierdzenia, to nie znaczy, że potępiam jego jako osobę. Popieram, wspieram, kibicuję i będę propagował do końca dni moich każdego, kto kocha koszykówkę, ma dla niej pasję i pracuje dla niej (lub tylko jej kibicuje).

Dalej. Żadne z zawartych tu tez i wniosków nie są „na pewno”, „nieomylne” czy „nie do dyskusji”. Niektóre są z wykrzyknikami i ostre. Być może będę chciał ich bronić w dyskusjach, bo są przemyślane. Ale każdy ma prawo stwierdzić, że są niesłuszne, się z nimi nie zgadzać. Na nikogo nie będę z tego powodu nastawał. Z przyjemnością poczytam przeciwstawne myśli, z zaciekawieniem będę dyskutował.

Nie pogodzę się jednak z tekstami typu „typowe myślenie z ulicy Ciołka”, „niech on już lepiej zamilknie, bo od lat psuje koszykówkę” itp. Takich „mądrali” będę blokował na Twitterze i ignorował w życiu. Koszykówka potrzebuje myślenia i dyskusji, a nie wszechwiedzących, bezmyślnych poglądów powtarzanych od 10 czy 20 lat. Bo ona się zmienia nieustannie, świat się zmienia i my też się zmieniamy.

I jeszcze. Komentuję mecze w Polsacie (nie tylko koszykówki), za co nieustannie jestem losowi i ludziom wdzięczny. To wspaniała przygoda. Drugą jest praca w Polskim Związku Koszykówki. Szefuję tam Wydziałowi Rozgrywek, z czteroosobowym zespołem organizujemy i pilnujemy porządku w BLK, 1LK, 1LM i 2LM oraz ogólnopolskich rozgrywkach 2LK, 3LM i młodzieżowych. Mogę powiedzieć, że w sumie do tej pracy przygotowywałem się całe życie, mniejsza o szczegóły. Wyobrażam sobie, że mogę w tym miejscu pracować do końca życia, ale wiem też, że może się zdarzyć, że przestanę tam pracować niedługo. Wcześniej podobne rzeczy robiłem w PLK, udało się przez te siedem lat przeprowadzić dużo zmian, ale też wiele moich pomysłów w kluczowych sprawach koszykówki (żeby nie powiedzieć prawie wszystkie, z których dużą część nadal uważam za słuszne) zostało odrzucone przez Zarząd PZKosz, który rządzi związkiem.

Czasami brak akceptacji powoduje irytację i emocje, ale zawsze przychodzi refleksja, że to wszyscy ludzie koszykówki poprzez WZKosze i walne zgromadzenie wybrali taki a nie inny Zarząd PZKosz i to on ma zawsze rację. Mówię to bez ironii. Ja tylko podrzucam myśli i z tym mi dobrze. Ja nie aspiruję do stanowisk, nie mam w planach walki o prezesury itp., to co piszę i mówię nie ma charakteru programu wyborczego. Każdy może sobie wziąć kawałek i całość do swojej dyspozycji i nawet twierdzić, że to jego. Interesuje mnie tylko pożytek koszykówce. Dla każdego jestem do dyspozycji, jeśli chciałby posłuchać lub coś opowiedzieć.

I jeszcze jedno. Do każdego zdania poniżej można sobie dopisać „według mnie”. Jeśli piszę np., że „świat jest dobry”, to nie oznacza pewności, że jest, tylko że taka jest moja opinia. Nie będę tego dopisywał w każdym wierszu.

I ostatnie - ten tekst jest o koszykówce mężczyzn, bo to środowisko znam lepiej. Wybaczcie.

Po tych wstępach mogę przystąpić do meritum.

 

MERITUM CZĘŚĆ 1, czyli rozczarowanie

Dla przypomnienia. Graliśmy w ramach EuroBasketu 2017 na przełomie sierpnia i września pięć meczów w Helsinkach. Wygraliśmy wysoko z Islandią. Przegraliśmy 81:90 ze Słowenią, z Finlandią 87:90 po dwóch dogrywkach, z Francją 75:78 i z Grecją 77:95. Nie wyszliśmy z grupy.

Kiedy patrzę na te wyniki teraz, to powiedziałbym, że są na papierze całkiem niezłe. Słoweńcy wygrali ten turniej, z mocnymi Finami i Francuzami przegraliśmy dramatyczne mecze, długo prowadząc, także z Grecją było długo nieźle…

Ale nie, nie i NIE!

Nie było nieźle. Było źle i to bardzo. Nie do przyjęcia źle. Graliśmy słabo, nie wykorzystaliśmy szans i byliśmy jednym wielkim rozczarowaniem.

Co więcej, po porażce z Finlandią, w którym to meczu popełniliśmy fatalne błędy w końcówkach (czwartej kwarty i dogrywek), ja - wieloletni optymista, kibic, pasjonat - się złamałem i przestałem wierzyć. Wszystkie emocje wyparowały. Spokojnie oglądałem mecze z Francją i Grecją, wiedząc - nawet gdy graliśmy dobrze i prowadziliśmy - że i tak to zepsujemy (słowo ostrzejsze wycięto) i przegramy. I co najgorsze - tak się dokładnie stało.

Uświadomiłem sobie niestety, że ja to wszystko widzę kolejny raz. Na różnych poziomach (EuroBaskety, eliminacje do nich, nawet turnieje o utrzymanie w eliminacjach), to samo się ciągle powtarza od „moich” (w koszykówce) 30 lat.

1991 wygrywamy z Bułgarią, ale najważniejsze mecze przegrywamy.

1993 pokonujemy supermocną Litwę, a potem wszystko w łeb, a chwilę później Słowacja nas spycha do piekła, czyli nie gramy nawet w eliminacjach do EuroBasketu 1995.

1997 awansujemy na EuroBasket w stylu desperatów, ogrywamy tam znakomicie Chorwatów i Niemców, a później marnujemy ćwierćfinał, a co gorsza szansę na grę w mistrzostwach świata, a później trzy razy z rzędu mając świetnych (jak się wydaje) koszykarzy nie wchodzimy do kolejnych EuroBasketów.

2004 boom na kosza nadal wielki, chcemy wygrywać z Francją i Słowenią, a za rok gromi nas Szwecja i Holandia, więc Marek Pałus musi wybłagać w FIBA dziką kartę, żebyśmy w ogóle mieli gdzie grać przez następne trzy lata.

2009 robimy EuroBasket w Polsce, znów wygrywamy z Litwą, a potem w kiepskiej atmosferze tracimy kolejne szanse na epokowy awans do ćwierćfinału.

2011 gramy świetnie w osłabionym składzie, straszymy Hiszpanię i ogrywamy Turcję - żeby przepaść na Wielkiej Brytanii.

2015 gramy znów dobrze, przegrywamy mecz nie do przegrania z Izraelem i potem już nie ma co zbierać z Hiszpanią.

I tak ciągle. Ciągle nam się wydaje, że już zaraz, za chwilę, a tu zawsze w najważniejszym momencie jest przegrana. Zmieniają się selekcjonerzy, zmieniają się zawodnicy, a porażki zostają. Jesteśmy niestety w sposób powtarzalny słabi. Nie umiemy wygrywać w koszykówkę. Taka jest prawda.

Ale co najważniejsze - nie mam żadnych pretensji do zawodników, a małe do trenerów. Oni we wszystkich tych przypadkach dali z siebie wszystko, zagrali na swoim poziomie, zrobili wiele, może wszystko, żeby wygrać.

Ale znów przegrali.

Dlaczego?

Zanim odpowiem, co moim zdaniem jest główną przyczyną. Kilka akapitów o wątkach pobocznych związanych z EuroBasketem 2017.

 

MERITUM CZĘŚĆ 2, czyli wątki poboczne EuroBasketu

To są naprawdę z mojego punktu widzenia drobiazgi, ale warto je poruszyć, bo one poruszały przez ostatnie trzy miesiące koszykarską publiczność.

Pierwsza sprawa - wątek trenera Mike’a Taylora. Czy jest nieudacznikiem? Czy słabo poprowadził Polaków? Czy z innym trenerem byłby przełom?

Moim zdaniem odpowiadając na powyższe pytania twierdząco, oszukujemy się. Skoro Taylor byłby winny, to oznaczałoby, że z polską koszykówką jest całkiem dobrze (skoro inny trener by zrobił sukces). Atak na Taylora to ściema. Skoro lepszy trener dałby dobry wynik, to należy uznać, że PZKosz w zasadzie popełnił tylko jeden zasadniczy błąd - z trenerem.

A jest moim zdaniem odwrotnie. To przy trenerze popełniliśmy najmniejszy błąd. Dał wiele, uważam go za dobrego fachowca, ale wszystkiego nie był w stanie naprawić.

Oczywiście, to go w żadnym sensie nie broni, bo wyników nie było. Zawsze może być lepszy. On sam, czy jego ewentualny zastępca czy następca. Ale w żadnym wypadku to nie jest pierwszorzędny problem. I dlatego dość o tym.

Druga sprawa - jak można ocenić występy A.J. Slaughtera jako porażkę? Rozumiem zarzut, że to nie Polak, że „kupiony” został do reprezentacji itp. Zostawiam to na boku, nie ma dla mnie większego znaczenia w tym momencie, o czym innym chcę dyskutować. Natomiast czysto sportowo niestety można go ocenić tylko jako „brak oceny”. Nie zagrał z powodu kontuzji w najważniejszych momentach dla tego turnieju - w końcówkach z Finlandią oraz z Francją i Grecją. A on właśnie po to był w kadrze, żeby wygrać takie końcówki i takie mecze. Nie zawiódł, bo nie grał. A właśnie jego umiejętności brakowało najbardziej w tych trzech momentach.

Trzecia sprawa - przy całym szacunku do umiejętności innych rozgrywających, których na EuroBaskecie nie było, uważam za sensowny pomysł Mike’a Taylora, żeby postawić na układ bez rozgrywającego jako opcję 3 w układaniu rotacji (po graniu z Koszarkiem i po graniu ze Slaughterem). Nasza gra nie wyglądała źle z Mateuszem Ponitką jako nominalnym rozgrywającym, a pozwalała nam tworzyć przewagi w ataku i nie odstawać w obronie. Uważam, że to nie było powodem porażek.

I raz jeszcze w tym momencie - nie mam żadnych pretensji ani uwag do zawodników.

 

MERITUM CZĘŚĆ 3, czyli polscy trenerzy

W tym temacie upatruję największego problemu i tu najwięcej jest do zrobienia.

Polscy trenerzy.

Poziom szkolenia.

Kłopot z tym jest w zasadzie w Polsce w każdej dyscyplinie. Nie ma się nad tym co rozwodzić. Widać to jak na dłoni, Polacy nie pracują za granicą ani w piłce nożnej, ani w siatkówce, ani w piłce ręcznej, ani w hokeju, ani w koszykówce. Incydentalnie pracują, żeby być ścisłym. Mam wrażenie, że po części jest tak dlatego, że to co było postępowe w polskim sporcie (na bazie AWF?) w latach 70. i niekiedy 80. (kiedy nasi trenerzy byli poszukiwani poza Polską), dzisiaj jest wsteczne i dawno nieaktualne. A my po części zostaliśmy tam.

Wracając do koszykówki.

Zbudujmy tę tezę piętrowo.

PIĘTRO 1. Polscy koszykarze są słabi, gdyż polscy trenerzy są słabi.

PIĘTRO 2. Polscy trenerzy są słabi, bo nie mają warunków do pracy (płace!), ale mimo wszystko nie tylko.

PIĘTRO 3. Polscy młodzi zawodnicy wyjeżdżają się szkolić za granicę, bo polscy trenerzy są słabi, przez co polscy trenerzy nie mają bodźców do rozwoju i nadal są słabi.

-

Zacznijmy więc od słabości polskich trenerów jako takiej.

Dowodów jest wiele.

Ten najnowszy to właśnie przyczyna porażek Polaków w EuroBaskecie 2017.

Śmiem twierdzić - to olśnienie spadło na mnie właśnie po meczu z Finami - że my przegrywamy mecze koszykarskimi fundamentami. Podstawami. Których nasi koszykarze w przerażającej większości nie wykazują w kluczowych momentach.

Prostymi podaniami.

Brakiem umiejętności minięcia rywala.

Pudłami spod kosza.

Absurdalnymi decyzjami w obronie.

Paniką pod presją.

Co łatwe do zaobserwowania, te brakujące u naszych cechy są obecne na poziomie europejskim u naszych reprezentantów, wychowanych gdzie indziej. Macieja Lampego, A.J. Slaughtera, miał to też Dardan Berisha.

Oczywiście, to okropne uogólnienie. Oczywiście, nasi najlepsi koszykarze, grając w zagranicznych klubach latami, niwelują te straty w koszykarskim wychowaniu. Mają też dużo atutów, często jakieś firmowe akcje, na ogół potrafią dobrze rzucać. To najłatwiejsze do nauczenia i kształcenia.

Ale kiedy przychodzi najważniejsza akcja meczu, trzeba trafić lub wybronić, padamy jak muchy w najbardziej korzystnych warunkach, robiąc rzeczy okropne. Przecież pamiętacie te wszystkie momenty. Nie muszę ich przypominać…

Dokładnie to samo zresztą mamy ostatnio w rozgrywkach młodzieżowych. Nasze kadry U20, U18 i U16 właśnie tak samo przegrywały kluczowe mecze i zostały w Dywizjach B Mistrzostw Europy. Decyzjami. Niemocą. Brakiem pomysłu i wiedzy oraz wykonania. Wyszkoleniem.

Dlatego wracam do tezy o szkoleniu. Tu widzę problem. Nie uczymy dobrze koszykówki. Nie umiemy.

Dowodów jest więcej. Na przykład to, że właściwie nigdy polski trener koszykówki nie pracował za granicą. Pojedynczy sezon (u dziewcząt) Jacka Winnickiego, praca na Słowacji Jerzego Chudeusza i właśnie rozpoczęta kadencja w Anglii Mariusza Karola to chyba wszystko w ostatniej dekadzie. [EDYCJA: zapomniałem w pierwszej wersji o Pawle Mroziku, asystencie w Cal Poly, I dywizja NCAA, należy o nim wspomnieć]. Nie imponuje.

Kolejny dowód? To, że w Polsce nie wychował się żaden zawodnik NBA. Mieliśmy trzech - Maciej Lampe (0 lat w Polsce), Marcin Gortat (rok w koszykówce w Polsce po przesiadce z piłki nożnej) i Cezary Trybański. Tego ostatniego kariera została zmieniona przez greckiego trenera, który jako pierwszy (w Pruszkowie) dał mu grać, a potem pomógł dostać się do Ameryki i samej NBA. Na początku tego procesu polscy trenerzy śmiali się, że w ogóle Trybański jest wypuszczany na boisko w PLK. Potem ci sami pytali, ile Grek zarobił i czemu się nie podzielił.

Co tam zresztą NBA! My nie potrafiliśmy do tej pory nawet wychować zawodnika, który stale grałby w Eurolidze w klubie poza Polską. Wydaje się to niemożliwe, ale to przecież prawda. Najbliżej tego był Adam Wójcik, ale jego sezon euroligowy w Belgii, drugi w Grecji i pół w Maladze też nie robi wielkiego wrażenia. Ani jednego gracza, który seryjnie pograłby w Panathinaikosach, Fenerbahcach, Barcelonach, czy nawet Bambergach tego świata. Nie muszę wspominać, że trudno znaleźć porównywalny kraj w Europie z tak mizernym dorobkiem.

A także jeszcze to, że nie potrafimy wychować od lat (może nawet 30?) ani rozgrywającego, ani środkowego. To dwie pozycje specjalistyczne. Trzeba naprawdę mieć wiedzę i umiejętności, żeby właśnie na te pozycje wykształcić cechy (i ciało), które pozwolą osiągnąć wysoki poziom. Przy całym szacunku, na pozycjach 2, 3 i 4 pewne rzeczy są jednak łatwiejsze do nauczenia i ogarnięcia. I tam właśnie mamy zawodników na wyższym poziomie.

Moim zdaniem główny problem jest taki, że nasi trenerzy nie mają się od kogo uczyć. Trener to zawód czeladniczy. Nie da się go wyuczyć na klinikach, pokazach i oglądając mecze w telewizji. Trzeba mieć swojego mistrza, który coś bezpośrednio powie, kiedy nabierze zaufania przekaże sekrety, ale którego także będzie się przez pełny cykl roczny lub dłużej obserwowało w pracy, na co dzień, w reakcjach, zachowaniach (także poza halą), dogłębnie i dokładnie. Sprawdzi się, jak reaguje w kryzysach i sukcesach, jak traktuje różne sytuacje i różnych zawodników. A także jak pracuje treningowo dzień po dniu, godzina po godzinie. Skutki takiej współpracy widać wyraźnie po najlepszych polskich trenerach (tym razem bez nazwisk), którzy bywają dokładnymi kopiami swoich mistrzów, u których byli wcześniej asystentami.

Kłopot w tym, że dobry czeladnik bywa u wielu mistrzów. I niestety wie, że najlepsi są dostępni poza Polską. Tu mamy duże braki. Pełne sezony pracy asystenta w klubach zagranicznych, nawet na własny koszt, to klucz do powodzenia na tym etapie. Nie na miesiąc, czy dwa tygodnie. Na rok czy dwa. Nie bali się takiej pracy mocniejsi od naszych polskich tuzów, choćby Saso Filipovski, który po latach pracy jako główny trener, nawet w Eurolidze, zatrudnił się jako asystent w CSKA Moskwa. Dlaczego? Albo Ainars Bagatskis, który rok temu będąc doświadczonym szefem reprezentacji Łotwy, bez wstydu asystował w Darussaface Stambuł Davidowi Blattowi. Tędy droga!

Kłopotów mamy więcej. Dlaczego młodzi polscy trenerzy, pracując z zagranicznymi fachowcami w Polsce, nie są później przez nich zabierani jako asystenci do kolejnych prac w obcych ligach? Tam - w obcym środowisku - dopiero postępowałaby prawdziwa nauka. Oni tymczasem zostają tu i często nieprzygotowani usiłują sami rozwiązywać problemy, do których nie są przygotowani. A przecież mamy wyjątkowo obecnie dobrą sytuację. Jak nigdy w ostatnich latach w PLK pracuje mnóstwo głównych trenerów Polaków, a asystentami są niemal wyłącznie Polacy. Nie ma już problemu, że obcokrajowcy zabierają naszym pracę…

Tutaj kilka nazwisk. Pytanie brzmi, kto tak naprawdę z wielkiego świata koszykarskiego, z wysokich poziomów, był w Polsce dłużej i od kogo można było się nauczyć, jak się szkoli. Kto był tym mistrzem tu, na naszej ziemi.

Od razu odpowiem, że moim zdaniem nie byli to np. Andrej Urlep i Tomas Pacesas, którzy ani przed ani po pobycie w PLK nie byli na koszykarskim trenerskim Olimpie. A u nas na takim są.

Ja bym podał inne nazwiska:

Saso Filipovski - u nas Stelmet i Turów - obecne sukcesy w Turcji mówią same za siebie.

Mladen Starcević - kiedyś Polonia 2011 Warszawa, obecnie szkoli młodzież na wysokim poziomie w Cedevicie Zagrzeb.

Mike Taylor - nie ma dobrej prasy, ale nie było u nas wielu trenerów, którzy pracowali w NBA (D-League to też część NBA).

To są ludzie, którzy sami byli czeladnikami u wielkich mistrzów i którzy w Polsce zostawili ślad. Ciekawe, że są polscy trenerzy, którzy współpracowali np. ze Starceviciem i Filipovskim (np. Gronek, Miłoszewski), a których warsztat jest dziś na zupełnie innym poziomie niż porównywalnych trenerów, którzy takiego szczęścia nie mieli. Co widać podczas meczów.

Ciekawym punktem odniesienia jest np. sytuacja w Asseco Gdynia, gdzie szkoła litewska miała swój dobry wpływ (choćby na przygotowanie fizyczne, które proponuje Piotr Szczotka). Ale z ciekawością obserwuję rozwój trenerski Przemysława Frasunkiewicza, który jednak jako zawodnik tych wzorców z najwyższej półki aż tylu nie miał. Podobnie z Igorem Miliciciem w Anwilu, który korzysta z źródeł chorwackich, ale jednak jego warsztat tworzył się w Polsce. Obaj są piekielnie inteligentni i poszukujący, ale czy to wystarczy? Czy nie zabraknie doświadczenia z wyższej półki, Euroligi poza Polską? No i mistrza, którego wspomnienie coś podpowie, albo do którego można zadzwonić po mądrość.

Jeszcze jedno nazwisko, które potwierdza ten schemat mistrz - czeladnik. To człowiek sukcesu ostatnich lat w naszym środowisku - Artur Pacek. Trener przygotowania fizycznego i rozwoju koszykarskiego w jednym. Twarz firmy Get Better, uczył się fachu w USA, obecnie jest w Rosie Radom, ale wielu koszykarzom pomaga. To jest ta jakość. To jest ta droga. On był gdzie trzeba i teraz jest tu objawieniem. Tego nam trzeba.

Do tego należy dodać Rafała Jucia, który nie jest trenerem, ale pracuje z ludźmi w NBA, od których można się uczyć. On też znalazł swoją drogę i nie bał się wyjść poza Polskę. Teraz jeździ co roku na 2-3 miesiące do Denver, pracuje w biurze Nuggets, będzie kiedyś mistrzem dla następnych.

Co ciekawe, wszystkie te postacie wśród „innych” polskich trenerów odbierane były jako tworzące „sekty” czy „zakony”. Często wyśmiewane. A o to przecież właśnie chodzi! Sam widziałem z bliska, jak wygląda to w USA, gdzie każdy trener ma swoją grupę wsparcia, opartą na mistrzu i wyznawcach. Najsłynniejsze w NBA jest towarzystwo zgromadzone wokół Gregga Popovicha z San Antonio Spurs. Mimo że wielu pracuje już jako szefowie w innych klubach, nadal się konsultują, doradzają, wspierają. O to chodzi!

To samo podpatrzyli od Amerykanów kiedyś Jugosłowianie i dzisiaj ich „mafię” widać niemal w każdej europejskiej lidze. Oni świetnie skopiowali amerykańskie wzorce koszykówki, nikt tego nie ukrywa. Pod każdym względem, taktycznym, technicznym, ale także tym „klanowym”.

Tego samego potrzebujemy w Polsce. Oby ten duch „mafii” przetrwał także wokół naszej reprezentacji seniorów, bo taki „zakon” potrafi tam tworzyć Mike Taylor. Myślę, że wszyscy asystenci i współpracownicy też od niego się wiele nauczyli, coś od siebie dając. Mistrz i czeladnicy. Mimo wszystko. Mimo że tu i ówdzie słychać, że ten czy inny asystent byłby lepszym trenerem niż Taylor.

Więc tu apel. Twórzmy też polską mafię trenerską. Razem. Bo w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby kogoś skrytykować i potępić, a może wyrzucić. Chodzi o to, żeby nasi polscy trenerzy, ci pasjonaci, zaczęli być coraz lepsi.

I kolejne apele.

Wychowajmy grupę polskich rozgrywających!

Niech to będzie nawet akcja. Na przykład „polska szkoła rozgrywania”. Niech tu do nas przyjeżdżają z całej Europy po zawodników na tę pozycję. Mądrych, rozumnych, szybkich, efektownych. Stać nas na to.

Dlaczego? Nawet jeśli nie mamy - podobno tak jest - wielu młodych zawodników z imponującymi warunkami fizycznymi (bo zabierają nam siatkarze i szczypiorniści), to zabierzmy się za metodyczne szkolenie tych o wzroście normalnym. 183-190 cm. Jest ich w naszym szkoleniu mnóstwo. (Przy okazji - mamy w każdym roczniku 700 chłopców w szkoleniu, to naprawdę niemało. Nawet jak 100 tylko się nadaje, a 10 jest uzdolnionych - wystarczy. To więcej niż na Islandii czy w Estonii, na Łotwie, a pewnie nawet niż w Słowenii).

Wracając do rozgrywających. Białej gorączki dostaję, jak pojawia się następny zawodnik o wzroście 198 cm, z którego na siłę robimy następnego wielkiego rozgrywającego. My, kraj, który na mistrzostwa Europy U16 i U18 wysyła na ogół po 5-6 zawodników o wzroście poniżej 190 cm, szukamy takich rozgrywających? Dajmy sobie spokój! Wykształćmy dziesięciu w skali PLK dobrych rozgrywających o wzroście zwyczajnym. Tym bardziej, że tacy rządzą na świecie.

Oto lista gwiazd ostatniego EuroBasketu na tej pozycji: Goran Dragić 190 cm, Thomas Huertel 189 cm, Kostas Sloukas 190 cm, Gal Mekel 190 cm, Sergio Rodriguez 190 cm, Sergio Llull 190 cm, Janis Blums 190 cm, Janis Strelnieks 191 cm, Dennis Schroder 188 cm.

NBA? Znalazłem taką listę najlepszych rozgrywających w tej lidze: Tony Parker 183 cm, Kyle Lowry 183 cm, Kemba Walker 185 cm, Damian Lillard 191 cm, Kyrie Irving 191 cm, Chris Paul 182 cm, John Wall 193 cm, Isaiah Thomas 175 cm, Stephen Curry 190 cm, Russell Westbrook 191 cm, Schroder 188 cm, Dragić 190 cm, Mike Conley 185 cm, Elfrid Payton 191 cm, Eric Bledsoe 185 cm…

Naprawdę, zróbmy najpierw sobie Huertela i Sloukasa, a później będziemy szukać następnego Magica Johnsona. Oczywiście są też wyżsi rozgrywający na świecie, ale nie porywajmy się na księżyc, skoro na razie nie umiemy polecieć szybowcem.

-

Drugi problem to wysocy. Dzisiaj każdy liczący się zespół narodowy w Europie i klub w Eurolidze ma co najmniej jednego, nowocześnie grającego, mocnego fizycznie, ruchliwego zawodnika o wzroście 210-218 cm. Nieprawda, że oni wyginęli. Oni są i straszą - także nas. Nie mówimy tu nawet o niewiarygodnych strzelcach Porzingisie czy Markkanenie, ale wyszkolenie Bobana Marjanovicia, Giannisa Bourousisa czy Gaspera Vidmara, którzy robili nam sporą krzywdę, nie jest poza naszymi możliwościami jako koszykarskiej społeczności.

Tym bardziej, że w ostatnich 15 latach nam pod względem wzrostu obrodziło. Tutaj taka lista: Adrian Bogucki, Jakub Karwowski, Marcel Kliniewski, Jakub Parzeński, Dawid Przybyszewski, Piotr Wojdyr, Tomasz Kwiatkowski, Bartosz Lewandowski, Paweł Mróz, Janusz Mysłowiecki, Jakub Kuśmieruk, Maciej Bender, Dominik Olejniczak, Adam Łapeta, Aleksander Balcerowski, Jakub Wojciechowski, Przemysław Karnowski. Siedemnastu. Nawet nie wiem, czy kogoś nie pominąłem.

Oby trzej ostatni zamknęli temat (są obecnie w kadrze), wystarczy. Ja z doświadczenia tych wielu lat widzę, że najchętniej takich zawodników, którzy mogą dać naprawdę wiele, ale mają zazwyczaj swoje ograniczenia, kłopoty i opóźnioną krzywą rozwoju (później idą w górę z umiejętnościami), zawstydzamy, wyśmiewamy, odstawiamy, narzekamy na ich zachowania. A to są lub były nasze wielkie szanse na to, żeby się oderwać od tego świata pełnego usterek i słabych fundamentów.

Ale trzeba z nimi odpowiednio, fachowo, mądrze, pracować! A my niestety dotąd, jesteśmy słabi. Na przykład wmawiając sobie i innym, że mogą na centrze grać faceci o wzroście 201 cm, bo „tak się teraz gra na świecie”…

-

Opowiadam tu zresztą tylko na przykładach z góry drabiny koszykarskiego świata, a największy kłopot mamy na dole. Tam mamy trenerów, o czym była mowa wyżej, którzy nie dają fundamentów, kiedy ich najbardziej jest potrzeba. Tutaj coś zawalamy, co powoduje, że potem jesteśmy z tyłu.

I nie przemawiają do mnie powtarzające się co chwila w dyskusjach argumenty, że trenerzy na Litwie, Łotwie, we Francji czy w Hiszpanii „robią to co my”.

To jest jeden z największych problemów polskiego świata trenerskiego. Słyszę to co chwila. Kiedy zawodnicy (na jakimkolwiek szczeblu) opowiadają, że zagraniczny trener pokazał im coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli, że otworzył im oczy, to nasi trenerzy po wizytach za granicą (lub klinikach z udziałem wybitnych trenerów z zagranicy) jednym chórem zawsze mówią „ja tam się niczego nowego nie dowiedziałem”, „my to wszystko już wiemy”, „my robimy to samo”.

Otóż NIE! NIE! NIE! Tamci robią to inaczej, lepiej, są lepsi, a Wy wielu rzeczy nie wiecie. I ja - Adam Romański - nie powiem Wam, co to jest, co robicie źle. Nie znam się na tym na tyle. Musicie sami do tego dojść, ale proszę Was - nie ustawajcie, dopóki się nie dowiecie. Bo naprawdę, nie robicie tego dobrze, co widać po rezultatach Waszej pracy. Przykro mi, ale jesteśmy słabi i pierwszym krokiem ku postępowi jest uświadomienie sobie tego.

-

Wróćmy więc do PIĘTRA 2. Polscy trenerzy nie mają warunków do pracy. Także dlatego żadnego z nich nie ośmielę się krytykować. To są inteligentni ludzie, często wielu z nich szuka wiedzy na własną rękę. Niestety, są słabo opłacani (oddzielny temat, jak to zmienić). Więcej o tym także niżej. Inwestycja musi tu być zrobiona.

Przypomina mi się rozmowa z jednym z decydentów polskiej koszykówki o trenerach kadr młodzieżowych. Niestety, wszyscy w 2017 polegli, przegrywając decydujące mecze z Wielką Brytanią, Estonią, Islandią i tym podobnymi zespołami. Dla mnie to nie do przyjęcia, ale przyczyny moim zdaniem wyłożyłem powyżej. Na element krytyki mój rozmówca zareagował nerwowo: „Ale przecież to są najlepsi! Skąd wziąć następnych, jeśli tych wyrzucimy?!”. I tu jest pies pogrzebany.

Bo nie chodzi o to, żeby Tomasza Niedbalskiego (U20) czy Marcina Klozińskiego (U18) wymieniać na innych. Chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym ci panowie będą stawali się coraz lepsi. W którym być może zmienimy niestety ich status z nauczycieli w uczniów, nie zabierając im szansy nauczania. Zbyt często po roku-dwóch-trzech trener zaczynający pracę, uczący się wychowywać i wygrywać, u nas staje się trenerem kadry narodowej. Jeszcze nikogo nie wychował, jeszcze niczego nie wygrał, a już jest „młody zdolny” i zaczyna pracować tam, gdzie powinni być tylko naprawdę sprawdzeni. Uczy się porażek i niepowodzeń niestety na żywym ciele reprezentacji młodzieżowej, co jest bolesne nie tylko dla niego, ale i dla całego PZKosz.

Bo niestety, jak całe środowisko, na teraz - co pokazują powtarzające się wyniki - nasi trenerzy, jak my wszyscy w koszykówce, nie są wystarczająco dobrzy. I naprawdę nie jest to wina zawodników, ich braku ogrania itp. Jakie ogranie mają bowiem Estończycy czy Brytyjczycy? Co oni mają, pracując z tymi swoimi 100 zawodnikami w roczniku, czego my nie możemy mieć? Mają tyle, ile trenerzy ich nauczyli - jak powtarzał mi poza anteną współkomentujący ze mną czasami siatkówkę świętej pamięci Andrzej Niemczyk. Musimy więc zadbać, żeby nasi trenerzy uczyli naszych więcej.

Idziemy dalej.

-

PIĘTRO 3. Ścieżka kariery młodych zawodników.

To temat rzeka, ale poświęcę mu miejsce, może w wersji skróconej. Z punktem wyjścia, że brakuje nam mentorów, którzy pomogliby podjąć dobrą decyzję, mądrze doradzić i mądrze odradzić. Ich się nie stworzy sztucznie, ich musi wykreować reputacja, której w tej chwili nie ma. (A wiadomo, że i tak w końcu decydują sami chłopcy i ich rodzice).

Po pierwsze, wyjazdy młodych zawodników za granicę to nie sukces naszych koszykarzy, ale klęska. To głównie interes tamtych, a nie nasz (środowiska koszykarskiego w Polsce). To amerykańskie szkoły szukają szans w tym, że sprowadzą wyróżniającego się koszykarza z kadry młodzieżowej Polski i dlatego piorą mu mózg, jak to dla niego korzystne. Rzadko. Na ogół korzystne przede wszystkim dla szkoły.

To samo w Europie. Przecież Barcelona nie bierze młodych zawodników z całej Europy po to, żeby im sprawić przyjemność, ale żeby wygrać wyścig po przyszłą gwiazdę. A że przy okazji wyprodukowania jednej gwiazdy kilkunastu koszykarzy spadnie z wysokiego konia, nic nie szkodzi.

Nam szkodzi. Tracimy kolejnych koszykarzy. A nie mamy ich wielu.

Są oczywiście wyjątki. Luka Doncić miał 13 lat, kiedy opuścił Słowenię i pojechał do Madrytu, a Kristaps Porzingis niewiele później wyjechał z Łotwy na Wyspy Kanaryjskie. Jednakże warto rzucić okiem na listę zawodników zagranicznych w NBA. Spośród 68 Europejczyków w NBA zaledwie trzech przyjechało do USA przed college (czyli do szkoły średniej), a tych, którzy studiowali w USA jest także niewiele. Na 19 slajdzie prezentacji w tym newsie widać także, że co roku do draftu NBA trafia kilkunastu zawodników bezpośrednio z Europy, a tylko ośmiu w sumie było w latach 2010-2016 Europejczyków z amerykańskich uniwersytetów! Droga na szczyty światowej koszykówki wiedzie przez Europę, a najwięcej korzyści daje - także według mnie - hołdowanie zasadzie „najpierw zostań najlepszym między swoimi, a później jedź rywalizować z innymi”.

Tymczasem nasze talenty są wysysane z Polski zanim cokolwiek umieją i osiągną. Przykłady z ostatnich lat Przemysława Gołka (ur. 2000), który wyjechał do Kanady w nieznane, a także Igora Yoki-Bratasza (ur. 2001), który popełnił ten sam błąd, są dla mnie osobiście przerażające. Oby ich kariery z amerykańskich prowincji wróciły na właściwą ścieżkę.

Podobnie jak przypadek koszykarza, który kilka lat temu zrobił na mniej ogromne wrażenie - Macieja Bendera. Od trzech sezonów mógł on być już zawodnikiem PLK, moim zdaniem grałby obecnie w pierwszej piątce zespołu z góry tabeli, a na jego mecze przyjeżdżaliby skauci z Euroligi i NBA. Zamiast tego - w piątym sezonie pobytu w USA - ten 20-letni zawodnik (210 cm wzrostu) przeraził mnie swoją grą w pierwszym w sezonie meczu swojej uczelni West Virginia. Jest tam na drugim roku. Przez 18 minut gry oddał jeden przypadkowy rzut, a miotając się po boisku stawiał zasłony amerykańskim kolegom, coś tam zebrał i zablokował. Jak widać tutaj jest to mniej więcej to, co będzie w tym sezonie dla legendarnego trenera Boba Hugginsa wykonywał. Ja bardzo wszystkich przepraszam, zawodnika, rodzinę, jego mentorów, ale jeśli najlepszy koszykarz tego rocznika w Polsce, ze świetnymi warunkami fizycznymi, po dobrych występach na ME kadetów i juniorów, ma po pięciu latach od wyjazdu wyglądać tak właśnie, to znaczy, że coś poszło bardzo źle. Wystarczy porównać z Szymonem Kiwilszą, ten sam rocznik, grali wspólnie, skali talentu (wybacz Szymon) nie ma co porównywać, który staje się już teraz poważnym zawodnikiem PLK, a za chwilę będzie pukał do kadry seniorów i zarabiał poważne pieniądze w koszykówce. Kto wie, czy nie będzie miał lepszej kariery od Macieja Bendera.

Jeszcze jedna emocja z tym związana. Mowa ciała Macieja Bendera w West Virginii przypominała mi niestety to, z czym miałem do czynienia pracując w klubie ze Słupska prawie 10 lat temu z Pawłem Malesą. Za tym świetnym chłopakiem przed wyjazdem do USA, gdzie trafił do niepasującej do niego kompletnie pod żadnym względem małej uczelni Canisius, oglądało się wielu w Europie, w tym prezes Anwilu Włocławek, który mówił mi wtedy osobiście, że „ten Gortat jest OK, ale Malesa to dopiero jest gracz”. Paweł wybrał USA i wrócił w stanie „przepraszam, że nie spełniam oczekiwań”. Nigdy się z tego nie otrząsnął i mając 27 lat przestał grać na zawsze. Oby to się nie powtórzyło nigdy więcej.

To samo dotyczy Jakuba Nizioła i Dominika Olejniczaka, którzy zmarnowali już poza Polską bardzo dużo czasu, oby ten sezon pozwolił im odzyskać koszykówkę. Dla kilku innych grających wśród obcych, dla obcych, często jest już za późno.

Te przykłady są tylko po to, żeby zilustrować jedną tezę. Ci koszykarze w Polsce potrzebują porządnych trenerów, a nasi trenerzy potrzebują tych koszykarzy, żeby pokazać, że potrafią pracować i wychowywać młodych zawodników. Oni muszą tu zostać, żeby cały układ się domknął. Jeśli z każdego rocznika 5-10 najlepszych wyjedzie w nieznane, nic z tego nie będzie. Niech wyjeżdżają po debiutach w PLK, po mistrzowskich tytułach w U20M, po kilku znakomitych sezonach w kadrach młodzieżowych, itp. Niech wyjeżdżają jak Lauri Markkanen czy kiedyś Dirk Nowitzki, którzy opuszczali swój kraj mając 19 lat i za sobą dobrą szkołę trenerską, ale grę zaledwie w swoich drugich ligach. I o takich właśnie biły się najlepsze marki świata.

Muszą jednak czuć zaufanie, że na nich się tutaj stawia oraz że poziom trenerski jest wystarczająco wysoki.

-

Cały ten obrazek polskiej koszykówki sprawia, że mam wrażenie, iż - przepraszam za wyrażenie - u nas ciągle ślepy wiedzie kulawego. Nauczycielami koszykówki są ludzie, którzy niestety sami się nie uczyli koszykówki dobrze. Przykładem niech będzie pokolenie 1997, czyli zawodnicy siódmego zespołu EuroBasketu 1997. Są to świetni faceci, idole, grali fajny basket. Ale nie dość, że nie powtórzyli tego z kadrą w kolejnych latach (a najstarszy z nich miał w 1997 roku 28 lat, najmłodszy 23), to jeszcze dzisiaj - po 20 latach - żaden z nich nie istnieje w wielkiej koszykówce (wtedy też zresztą z tym było średnio). Owszem, podobnie jak trener Eugeniusz Kijewski, część z nich pograła w Eurolidze (ale w polskich zespołach), natomiast dopiero teraz kilku z nich przebija się do koszykarskiego szczytu. Od dołu.

To jest w sumie dobra ścieżka. Szedł nią tragicznie zmarły Adam Wójcik, zawsze go będzie szkoda… Dominik Tomczyk był trenerem Śląska w 1LM, teraz ma robić sukces z AZS Opole w 2LM. Mariusz Bacik wreszcie w tym sezonie został pierwszym trenerem Polonii Bytom (2LM), zobaczymy jak będzie z wynikami. Robert Kościuk pracuje u podstaw we Wrocławiu w 2LM (UKS Gimbasket), ale przez kilka lat był niestety - jak się śmialiśmy „weteranem dzikiej karty” do tych rozgrywek. Maciej Zieliński został wiceprezesem ambitnej Polonii Leszno z 1LM i to będzie świetna scena dla byłego parlamentarzysty. Andrzej Pluta szkoli indywidualnie zawodników. Mój partner z Polsatu Tomasz Jankowski poza komentowaniem nie ma wiele wspólnego z koszykówką.

Kilku z nich pokazało już w świecie „po karierze” tyle, że warto do nich wrócić. Ale czy stali się nauczycielami wielkiej koszykówki? Czy mają tę wiedzę?

 

MERITUM CZĘŚĆ 4, czyli kluby

Krótki wątek, ale trzeba poruszyć. W sprawie klubów też jesteśmy niestety słabi, choć oczywiście są wyjątki na plus. Jednak potrzebujemy zdecydowanie więcej takich, które konsekwentnie i mądrze dają szansę trenerom, budują prawdziwą pracę w pionie sportowym (baza, liczba ludzi do pracy, możliwości, zachęty, przykłady), a przede wszystkim nadają rangę pracy nad jakością trenerów i zawodników poprzez zatrudnienie dyrektorów sportowych. Oni po prostu muszą być, na każdym poziomie, tu jest miejsce dla byłych zawodników i byłych trenerów. Ale też takich, którzy chcą się uczyć i rozwijać.

To ci fachowcy - nie jako prezesi klubów! - muszą zamknąć problemy opisane wyżej. Muszą dać trenerom szansę się rozwijać, dać im wiedzę, być mentorami dla zawodników, część z nich w naturalny sposób zacznie później pracować dla PZKosz i PLK (w sensie biur i reprezentacji). To tu musi być pierwszy sprawdzian dla byłych kadrowiczów, którzy domagają się miejsca w koszykówce, ale na żadnym froncie jeszcze się nie sprawdzili.

Żeby robić dobrą pracę w klubie, wcale nie trzeba tu ogromnych budżetów. Przykładów jest mnóstwo w innych sportach, ale nawet i u nas. Są już piony sportowe z dyrektorami, którzy są pasjonatami, zajmują się kreowaniem trenerów, zawodników i drużyn. Nie wiem, jak to możliwe, że wciąż jeszcze ostały się kluby walczące o medale w PLK, które niemal w ogóle lub kompletnie wcale nie dbają o pracę z młodymi. To przecież nie tylko ewentualne wzmocnienie drużyny PLK, ale budowanie sieci społecznościowej (dzieciaki, rodzice, rodziny itp.). Ilu sponsorów weszło całym swoim życiem w koszykówkę, bo dziecko grało? Trzeba wymieniać?

I przepraszam kibiców i szefów drużyny mistrza Polski z Zielonej Góry, którą bardzo cenię za świetne środowisko koszykarskie… Ale jak to możliwe, że w drugoligowych rezerwach tego klubu w tym sezonie najlepszym zawodnikiem okazuje się… 34-letni trener, który rozebrał się z dresu po kilku kolejkach, zaczął grać po kilku latach przerwy, i jest nie do zatrzymania. Z kolei we Włocławku, który lideruje PLK, wszystkich (a było ich kilku co najmniej!) fajnych młodych zawodników oddano do innych miast i państw, a rezerwy - w których też grali zresztą po części wiekowi weterani - wycofano z 2 Ligi?

Nie do zastąpienia jest udział w rozgrywkach europejskich. Brawo dla tych, którzy to robią. O Stelmecie nie ma co wspominać, jest w tym konsekwentny i dobrze. Wystarczy spojrzeć, jak urosła Rosa Radom przy małym budżecie. Dobrze, że próbowała Stal Ostrów, ale jak to możliwe, że są kluby z budżetami powyżej 5 czy nawet 7 mln złotych, które nie znajdują środków na puchary? Mając 2-3 miliony powinno się grać w pucharach, zyskiwać na tym, rosnąć, rozwijać się. Absolutny priorytet. Zrozumieli to w lidze żeńskiej, gdzie wszyscy chcą grać w Europie.

Kiedy będzie więcej grania z zagranicznymi rywalami, wtedy liga urośnie - i faktycznie, i sportowo, i w oczach widowni.

Żeby nie było, że tylko wytykam innym, dorzucę tu krótko, że słabe są też koszykarskie media. Ja też, jako ich część, jestem słaby. Wiele tu jest do zrobienia, ale to temat na inny raz.

 

MERITUM CZĘŚĆ 5, czyli pożegnanie z 2PL

Kolejny temat musi tu paść. Najważniejszą sprawą jest jakość trenerów i budowanie karier zawodników, ale sprawy administracyjne są też ważne. Tym bardziej, że o projekcie „dwóch Polaków na boisku” mówią wszyscy, choć mało kto ma wiedzę, jakie są rzeczywiście skutki tego przepisu, który obowiązuje w obecnej formie od 2009 roku, a w ogóle od 2007.

Na początku trzeba zauważyć, że zacietrzewienie wrogów 2PL też jest zjawiskiem, które trzeba wziąć pod uwagę jako temat sam w sobie. Znam prezesów i trenerów ligowych (nie tylko kibiców!), którzy potrafią się przy tym temacie pobudzić jak mało przy którym. Likwidacja 2PL przyniesie więc też spokój, co jest ważne.

Tak, likwidacja.

Uważam bowiem, że od tego przepisu trzeba jak najszybciej odejść.

Najpierw jeszcze jedna uwaga. Nadal uważam, że to była potrzebna i uzasadniona próba. Mieliśmy 10 lat temu grupę koszykarzy (a za chwilę pojawiła się kolejna i jeszcze kolejna), której warto było dać gwarantowane minuty w PLK i spowodować, że przymus grania Polakami spowoduje konieczność rywalizacji o coraz lepszych zawodników stąd. I ich rozwój.

Zawsze będę powtarzał, bo argumenty są różne, że ta szansa, którą daje 2PL, jest tylko szansą. Dawało to, co powinno być, kiedy dba się o rozwój koszykarza, czyli brak odsunięcia, kiedy początkowo nie idzie. To dobre zjawisko, kiedy budujemy. Każdy z Polaków, którzy grali w PLK w czasie obowiązywania 2PL, z tego korzystał. Nie był odsuwany, nawet jak mu nie szło. Czasami ze szkodą dla klubu, czasami ze szkodą dla widowiska, ale nigdy ze szkodą dla tego zawodnika. Kiedy dołożył do tego talent i pracę (i zaistniało wiele innych czynników), mógł pójść tak wysoko, jak jeszcze praktycznie żaden polski koszykarz nie zaszedł. Jak Damian Kulig czy Adam Waczyński.

I drugie porównanie - to tak jak ze mną. Nie miałem żadnego wpływu na upadek komunizmu w 1989 roku, kiedy szykowałem się do matury. Samo to zjawisko nie zrobiło ze mnie lepszego człowieka i nie załatwiło mi kariery w mediach i PZKosz. Ale wiele rzeczy, które nie były możliwe przed 1989, mi umożliwiło. Może nadal - jak w Korei Północnej - mielibyśmy jeden kanał telewizji, a przecież Włodzimierz Szaranowicz, mistrz od koszykówki, ma się dobrze... Tak samo było z eksplozją internetu pod koniec lat 90. - bez niej też funkcjonowałem, ale ile mi otworzyła.

I tak samo - dla polskich koszykarzy - było z przepisem 2PL w ostatnich 10 latach.

Nie ma tu miejsca na liczby i porównania, fakt jest taki, że - tak musiało być - zawodników polskich grających w PLK na porządnym poziomie jest więcej. Nawet najlepszych zespołach spełniają oni ważne role. Większość krytyków tego nie pamięta, ale tak 10 lat temu nie było. Pokolenie zawodników z roczników 1980-1985 zostało stracone, praktycznie nikt się nie przebił, mimo że talentów było tyle samo co w kolejnych pokoleniach. Zawsze piszę, że to może być przypadek, ale głosuję za tym przypadkiem.

Wracając do tezy - to była droga na skróty, w pewien sposób oszustwo sportowe, żeby doczekać postępu i na tym zbudować sukces reprezentacji, który napędzi całą resztę - popularność dyscypliny, liczbę chętnych do uprawiania sportu itp. To się zawsze dzieje po sukcesie. Jak widać po wynikach - nie było daleko. Przepis pomógł stworzyć grupę zawodników, która po raz pierwszy w historii (tak!) rywalizowała w ostatnich dwóch latach z każdym rywalem, nawet z mistrzami Europy. Mogło się zdarzyć coś więcej. Dlatego warto było tego spróbować.

Ale się nie udało. Temat jest zamknięty. Teraz - o czym będzie jeszcze niżej - nie mamy co liczyć na jakiekolwiek sukcesy. Bo nie ma gdzie. Przepadło.

Ponadto na EuroBaskecie 2017 w najbardziej kluczowym z kluczowych meczów trener reprezentacji Polski nie wypuścił w ogóle na boisko zawodników, którzy na 2PL zyskali wiele, a może wszystko - Michała Sokołowskiego i Karola Gruszeckiego. A pozostali, którzy z tego przepisu korzystali krócej lub dłużej - Damian Kulig, Mateusz Ponitka, Adam Waczyński, Łukasz Koszarek, Adam Hrycaniuk i inni - nie dali rady.

Skoro tak, to nie ma się tego co trzymać.

Oczywiście, szkoda będzie zaprzepaścić to, co pozytywnego stało się dzięki temu przepisowi w ostatnich latach w polskiej koszykówce. Są przecież drużyny rezerw w 2LM lub inne współpracujące (realnie, nie na papierze) wokół kilkunastu drużyn PLK, czego NIGDY nie było. Jest spora grupa koszykarzy w wieku 18-22 lat, którzy realnie istnieją w PLK, czego od lat nie było, a procent uczestniczących młodych w grze w PLK jest na podobnym poziomie jak w innych podobnych i lepszych ligach. To są dobre rzeczy, jest ich więcej, zawsze powtarzam, że jeśli ktoś nie widzi pozytywów 2PL, to jest tak samo zaślepiony jak ten, który nie widzi negatywów. A te są oczywiście.

Moim zdaniem trzeba mieć nadzieję, że odejście od 2PL nie spowoduje odejścia od pozytywnego myślenia o polskich zawodnikach, które się w PLK urodziło. Pewne rzeczy się już nie odstaną, świat się zmienił. Rozsądna jest propozycja grania z siedmioma Polakami w składzie na każdy mecz (zawsze siedmiu, jeśli skład 10-osobowy, czy 12-osobowy), bez żadnej gwarancji minut. Tak to powinno wyglądać. Moim zdaniem nie obniży to znacząco kwot kontraktowych Polaków (a to jest główny zarzut), ale możemy to sprawdzić. Za kilka lat się dowiemy.

Jestem też za bonusem dla klubów grających w pucharach właśnie w tej dziedzinie. Kto gra w Europie, niech ma możliwość gry sześcioma Polakami. Będzie to zachęta, a jednocześnie gwarancja gry Polaków nadal pozostaje - przy dwóch meczach w tygodniu nie da się grać szóstką (obcokrajowcami), mniej więcej w tym samym stopniu, w jakim przy jednym meczu w tygodniu (bez pucharów) nie da się grać w piątkę (obcokrajowców).

A na boisku niech już grają, jak trener chce.

 

MERITUM CZĘŚĆ 6, czyli reforma rozgrywek

I tu ostatni temat, bardzo istotny w całej tej układance. (Dodam może tylko jeszcze, że pomijam tu ważną sprawę tzw. ekwiwalentów za wychowanków, której należy się oddzielny wpis, ale to kiedy indziej). Ten temat to system rozgrywek.

Żeby spełniał on swoją rolę, czyli łączył rozrywkę z elementem rozwoju, powinniśmy mieć do czynienia z układem pionowym, podobnym do piłkarskiego, czyli np. pięcioma czy sześcioma poziomami rozgrywek, od PLK do piątej ligi.

Dlaczego nie? W poprzednim sezonie w PLK, 1LM, 2LM i 3LM łącznie grały 162 zespoły (kolejno 17, 16, 53 i 76). Gdybyśmy mogli rywalizować w PLK, 1LM i 2LM po 14 zespołów (może w PLK 16), a później w 3LM dla 2 grup po 12, w 4LM dla 4 grup po 10 i wreszcie w 5LM zostałoby jeszcze dla ponad 50 klubów (rozgrywki w strefach), można by naprawdę rozkręcić tę rywalizację.

Tego się jednak zrobić w Polsce nie da.

A to dlatego, że samorządy miast - najważniejsi sponsorzy klubów - chcą dofinansowywać tylko kluby z dwóch, a co najwyżej trzech, najwyższych szczebli rozgrywek. Są na to tabelki, rozpiski. Dlatego rozgrywki będą pęcznieć, dlatego za chwilę będziemy mieli kłopot z powiększającą się liczbą chętnych do 1LM i klubami - trudno im się dziwić - dla których spadek z tej ligi będzie tragedią.

Szkoda, ale moim zdaniem ruch i tak trzeba wykonać.

A powinno nim być stworzenie PLK-bis zamiast 1LM.

Oczywiście, niech to będzie nadal nazewniczo 1LM, ale niech gra i funkcjonuje jak PLK. Niech grają tam obcokrajowcy na zasadach takich samych (tak!) jak w PLK. Nie ma powodu, żeby było inaczej. Tak jest w większości krajów o podobnej wielkości, Niemczech, Hiszpanii, Francji, Włoszech. Tam drugi poziom rozgrywek jest mocny, ma też telewizję na poważnie (i tak musi być i u nas), ale tego nie zrobimy bez zawodników zagranicznych.

Dzięki takiemu rozwiązaniu spadek z PLK nie będzie też taką tragedią, jak obecnie, kiedy jest przejściem z zawodowstwa do amatorstwa. Środowiska z miast, które są stale w 1LM lub czołówce 2LM, zasługują na taką właśnie koszykówkę, bardziej światową, widowiskową. Przy okazji rozluźnią się sprawy płacowe i powinna zniknąć, na co niektórzy zwracają uwagę, grupa zawodników niezainteresowanych rozwojem sportowym, a świetnie prosperująca latami w 1LM w roli gwiazd, która w potencjalnym rozwoju polskiej koszykówki znaczenie ma niewielkie.

O polskich koszykarzy nie ma się co martwić. Skoro będzie - powiedzmy - 16 klubów PLK i 16 tej nowej 1LM z siedmioma Polakami w składzie to mamy tu 224 zawodników w obiegu. W 2LM będzie ich kolejnych 500 (tam też powinien być jeden obcokrajowiec co najmniej na zespół) - to razem daje ponad 700 koszykarzy grających w poważnych rozgrywkach. Poważnych, czyli seniorskich, z sędziami, komisarzami, we w miarę profesjonalnych halach oraz mających zagwarantowane co najmniej 25 meczów w sezonie.

Wystarczy. Na teraz więcej nie potrzebujemy.

--

EPILOG czyli co dalej?

W piątek 24 listopada zaczynają się kwalifikacje do mistrzostw świata, w których gramy de facto w grupie 8 zespołów, najpierw z Litwą, Węgrami i Kosowem, a później z Włochami, Chorwacją, Rumunia i Holandią. W drugim etapie odpadną dwa zespoły z tych ośmiu. Awansują na MŚ trzy.

W tych kuriozalnych kwalifikacjach, które będą świetnie opakowane i będą największą wydmuszką świata koszykówki od czasu Suproligi, nie mamy nic do zyskania. Nie ma żadnego powodu uważać, że pokonamy kogoś z grona Litwa, Włochy, Chorwacja, nawet jeśli to będą zespoły rezerwowe. Jesteśmy słabi, a oni mocni, o tym było wyżej. Nawet jednak jeśli wejdziemy do MŚ rozgrywanych we wrześniu 2019, niewiele to zmienia. Tam też nic nie wywalczymy, bo niby dlaczego i jak?

W latach 2019-2021 grać będziemy w równie dziwnych kwalifikacjach do mistrzostw Europy 2021. Odbędą się w nich - uwaga! - tylko trzy mecze w Polsce i trzy na wyjeździe podczas dwóch sezonów 2019/2020 i 2020/2021 (oczywiście nie latem, tylko w listopadzie i lutym). Na dodatek w każdej grupie będą cztery zespoły, z których awansują trzy. Pasjonujące. Wystarczy wygrać dwa razy z Kosowem (lub tego typu drużyną) i awans jest pewny.

Mamy więc cztery lata, do września 2021, podczas których nic się istotnego w polskiej koszykówce reprezentacyjnej nie wydarzy. Nie ma też szans, żeby porwać tłumy tymi rozgrywkami bez zawodników NBA i Euroligi.

To unikalny prezent od FIBA dla polskiej koszykówki. Przekujmy to w sukces!

Wykorzystajmy więc ten czas na budowę. Zbudujmy polskich trenerów, żeby poprawili swoją klasę, żeby „potrafili”, żeby byli gotowi. Wyślijmy ich na pełne sezony w świat, niech podpatrują, pracują, podejmują decyzje. Niech wrócą po roku, dwóch, trzech i uczą następnych. Mamy cztery lata.

Co z koszykarzami? Dzisiejszych 20-28-latków, którzy już się na jakiś poziom wspięli, wysyłajmy do dobrych miejsc, wspierajmy, poprawiajmy, ile się da, twórzmy społeczność wokół reprezentacji, niech czują szansę i cel, wiedzą, że jest czas i że się na nich stawia. Mamy cztery lata. O starszych powoli zapominajmy.

Dzisiejszych 14-20-latków poprowadźmy tak, żeby w 2021 byli gotowi do gry na wysokim poziomie, w kadrze seniorów i młodzieżowych. Niech pracują już inaczej. Mamy cztery lata, żeby ich nie zmarnować.

Dzisiejszych 10-14 latków dajmy fachowcom, którzy wiedzą więcej o wychowywaniu zawodników niż my tu w Polsce. Niech przyjadą jak najszybciej, dajmy im jako asystentów naszych zdolnych trenerów, akurat tych, którzy nie wyjadą się szkolić za granicę. Im więcej będzie tych przyjezdnych, tym lepiej.

Trzeba odkreślić grubą kreską to co próbowaliśmy robić i podtrzymywać temat reprezentacji, niech ona wygrywa ile się da, ale skupić się na czym innym.

I tak przez te cztery lata nic nie będzie z żadnej popularyzacji poprzez marketing, wideo w internecie, zejście do szkół, nawet jak wydamy trzy czy pięć milionów na akcje wśród dzieci i starszych. Nie pójdziemy śladem piłki nożnej, bo to jedyna dyscyplina, która miała słabą reprezentację, a potrafiła zrobić dobrą ligę i być megapopularna. W żadnym innym sporcie się to nie udaje bez sukcesów Polaków, czy to w formie reprezentacji (siatkówka, piłka ręczna), czy w sportach indywidualnych (skoki i biegi narciarskie, tenis…). Fachowcy od marketingu wiedzą o tym doskonale, więc tylko biją pianę, krytykując PZKosz za brak rozwoju dyscypliny. Pewnych rzeczy bez sukcesów się nigdy nie zrobi i już, co nie znaczy, że nie należy próbować. Należy, lepiej niż dotąd.

-

Jeśli ktoś dotarł do tego momentu, to znaczy, że naprawdę żyje koszykówką. Dziękuję za to. Zapraszam do dyskusji. To już wszystko. Aha - i jeszcze jedno. Wygrajmy z tymi Węgrami i Litwą. #DawajPolska #KoszKadra

10:44, adrom72
Link Komentarze (13) »
sobota, 30 września 2017
Przedsezonowy ranking PLK 2017 w 17 akapitach

Miało być dłużej, ale obowiązki różnorakie sprawiają, że ranking będzie w wersji skróconej. Po jednym akapicie o każdym klubie. Dzisiaj zaczęliśmy granie w PLK od godz. 16, zapraszam na emocje.tv i oczywiście do Polsatu Sport i Polsatu Sport Extra.

I jeszcze jedno - nieco inna była kolejność tego mojego prywatnego rankingu we wtorek, kiedy rozmawiałem z http://www.pulsbasketu.pl/na-troje-babka-wrozyla-sytuacja-ekstra/ to miałem nieco inną kolejność na dole. Po namyśle i z nowymi danymi poprawiłem.

 

  1. Stelmet BC Zielona Góra

Kontynuacja i Boris Savović powinny dostarczyć kolejne mistrzostwo. Skład polski się trochę starzeje, więc w żadnym wypadku nie będzie to złoto łatwo wywalczone.

 

  1. Polski Cukier Toruń

To może być za chwilę drugi Stelmet, Toruń zaczyna żyć koszykówką. Podobają mi się wszystkie pomysły, poza brakiem gry w pucharach.

 

  1. Rosa Radom

Zgrany trzon składu z obiecującymi nowymi elementami. Uważam, że układ z Danielem Szymkiewiczem wypali, a pod koszem nie będzie dziury.

 

  1. Anwil Włocławek

Chciałbym, że Anwil miał znów medal i to środowisko miało się czym cieszyć, ale obawiam się trochę powtórki z poprzedniego sezonu. Też szkoda, że bez pucharów, więcej meczów pomogłoby wdrożyć pomysły.

 

  1. BM Slam Stal Ostrów Wlkp.

Dla mnie najsłabszy w tym momencie z piątki potentatów, co nie znaczy, że słaby i może być dużo wyżej. Ciekaw jestem Adama Łapety.

 

  1. Trefl Sopot

Jest mocniejszy zespół, wielu zawodników pozostało, a trener Marcin Kloziński szedł niezłą ścieżką do posady trenera ligowego. Muszą być minuty i postępy braci Kolendów.

 

  1. MKS Dabrowa Górnicza

Trener Jacek Winnicki nie zwykł grać o takie miejsce jak siódme, ale ciągle nie jestem przekonany, że skład i organizacja są na poziomie medalowym.

 

  1. King Szczecin

Kingowi potrzeba wyników, żeby zapełnić halę i stać się poważnym graczem na rynku ligowym, na co w tym mieście są wielkie szanse. Idzie to w dobrą stronę, ale są mocniejsi.

 

  1. Asseco Gdynia

Ulubieńcy wszystkich za koncepcję klubu, także moi, choć poza mną chyba mało kto spodziewa się wyników. Będzie to trudny sezon dla trenera Przemysława Frasunkiewicza, weryfikujący plany i marzenia.

 

  1. TBV Start Lublin

Znaczny skok jakościowy w składzie, kilku zawodników, jakich w Starcie w ostatnich latach nie było. O play-off będzie jednak trudno.

 

  1. Polpharma Starogard Gdański

Może to być podobny zespół, jak w poprzednim sezonie. Sztuka z poprzednich rozgrywek nie zawsze jednak w takim klubie się uda.

 

  1. AZS Koszalin

Podoba mi się pomysł na tę drużynę, pytanie tylko, czy zawodnicy zagraniczni będą mieli odpowiednią klasę. Bo że trener Dariusz Szczubiał da im piłkę, jest pewne i wcale nie jest to zły pomysł.

 

  1. GTK Gliwice

Miałem ich niżej, ale po namyśle uważam, że w nowym miejscu może to być „prawie Krosno” (z poprzedniego sezonu). Kilku ciekawych zawodników, nie tylko z zagranicy.

 

  1. Miasto Szkła Krosno

Zaufanie do własnych sił, zasłużone po dobrej połowie poprzedniego sezonu, będzie weryfikowane znów, podobnie jak to było od marca 2017. Wyglądają na słabszy zespół.

 

  1. PGE Turów Zgorzelec

Przedziwna mieszanka elementów z najwyższej półki (sponsor, hala, trener) z kompletnie nie pasującymi do Zgorzelca (ich nie nazwę). Im dłużej analizuję, tym słabszy mi się wydaje. Niech mi ktoś zaprzeczy, proszę!

 

  1. Energa Czarni Słupsk

Tak wyszło, choć sam w to nie wierzę. Ogromny test dla trenera Marka Łukomskiego, take dlatego, że skład na razie nie wygląda. Podobnie jak większość drużyn z miejsc 11-17 nawet play-off jednak mnie nie zdziwi przy odpowiednim rozwoju sytuacji.

 

  1. Legia Warszawa

Bardzo kibicuję projektowi mocnego klubu w Warszawie, ale brak nowych zawodników polskich (zrozumiały) i bardzo oszczędne podejście do obcokrajowców (być może konieczne) oraz trener-debiutant, to za dużo, żeby dać pierwszeństwo nad kimkolwiek. Na pewno będą zmiany w trakcie sezonu, choć absolutnie nie nawołuję np. do wymiany trenera.

 

19:28, adrom72
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017
O młodych na EuroBaskecie

Zbieram materiał do większego tekstu o EuroBaskecie i przy tej okazji zainteresowałem się tezą o młodych gwiazdach na EuroBaskecie.

Mieliśmy w grupie Markkanena (ur. 1997) i Doncicia (ur. 1999) - wybitnych zawodników, w przyszłości największe gwiazdy NBA, i przy ich występach padały sformułowania typu „u nich może grać 18-latek (20-latek), a u nas nawet w lidze nie grają”.

Fakt jest taki, że w polskim zespole najmłodsi byli trzej zawodnicy z rocznika 1993.

A jak to wygląda w 24 drużynach EuroBasketu 2017? To łącznie 24 x 12 = 288 zawodników w turnieju.

Z rocznika 1996 (21 lat) był jeden.

Z rocznika 1997 (20 lat) było dziewięciu.

Z rocznika 1998 (19 lat) nikt.

Z rocznika 1999 (18 lat) trzech.

Czyli łącznie tych naprawdę młodych na EuroBaskecie jest zaledwie 13.

Z tego gwiazdami są Markkanen (97, Finlandia), Doncić (99, Słowenia) i Korkmaz (97, Turcja).

Ważnymi zawodnikami: Papagiannis (97, Grecja) i Bender (97, Chorwacja).

Zmiennikami: Hlinason (97, Islandia), Cancar (97, Słowenia), Kuti i Nicolescu (obaj 97, Rumunia).

Prawie lub w ogóle nie grali: Bitadze (99, Gruzja), Radoncić (99, Czarnogóra), Cate (97, Rumunia) i Akodo (96, Wielka Brytania).

Żeby dopełnić obrazu: z rocznika 1994 było 10 zawodników, a z rocznika 1995 - 16.

Czyli łącznie 39 zawodników mających 23 lata lub mniej na 24 drużyny (średnio 1,6 na zespół). Czyli 13 procent ogółu zawodników - mniej więcej co ósmy.

Każdy wnioski może wyciągnąć sam, ale wygląda na to, że młode gwiazdy na EuroBaskecie to wyjątki. Nie jest to turniej emanujący młodością. :)

 

15:53, adrom72
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 września 2017
Krótko po Finlandii (EuroBasket 2017)

To miał być przełom, jak zapowiadałem na Twitterze. To był mecz emocjonujący, przy pełnej widowni, otwierający w przypadku wygranej drogę nawet może do drugiego miejsca w grupie. Wyszła porażka i we mnie coś pękło.

Od lat wierzę w koszykówkę, w naszych, w to, że mimo relatywnie średniego poziomu jesteśmy w stanie.

W niedzielę 3 września 2017 roku przestałem wierzyć.

Nie wzięliśmy tego, co dał nam świat.

Wygrana z Finami w okolicach 8 punktów sprawiałaby, że otworzylibyśmy sobie duże drzwi. Nawet przegrywając później niewysoko z Francją (i pokonując Grecję) mogliśmy zająć drugie miejsce w grupie. Grać wysoko, o stawkę i wreszcie dorwać ten ćwierćfinał.

Zawaliliśmy to.

Mimo że to 8 punktów do przodu było jeszcze na minutę przed końcem.

Wszystko co najważniejsze można zobaczyć tutaj.

Wersja tekstowa z wyszczególnionymi błędami:

Ostatnia minuta IV kwarty. +8 dla Polski.

Strata przy aucie (Waczyński) (STRATA 1), a po drugiej stronie błąd w obronie na zasłonie (zła współpraca Waczyński-Kulig) i trójka Salina. +5 dla Polski.

Błąd 5 sekund (Gielo) przy pasywnym zachowaniu Slaughtera, który nie chce piłki. (STRATA 2)

Dobra obrona! Kulig jednak po przechwycie (!) podaje w wyskoku z autu w ciemno w stronę własnego kosza (NIGDY!) (STRATA 3), a potem Gielo zamiast przykleić się do Markkanena robi krok do pomocy pod kosz do nikogo i fauluje wracając spóźniony do Fina przy trójce. 3/3 wolne. +2 dla Polski.

Mamy piłkę i timeout. Finowie faulują celowo. 12,9 sekundy. Koszarek wybija z autu. Finowie odcinają dwa pierwsze podania, nikt nie jest wolny, biegamy nerwowo, nie z sensem. Podanie w stronę Gielo w poprzek boiska, niebezpieczne, przechwycone (STRATA 4), wsad Markkanena, remis.

8,9 sekundy do końca. Akcja na Ponitkę, cały środek boiska dla niego. Nie jest jednak w stanie minąć 1x1 Huffa i robi błąd kroków (STRATA 5). Koniec IV kwarty.

Złe decyzje. Panika. Nerwy. Pięć strat w minutę i dwa błędy w obronie. Jak to w koszykówce bywa, gdyby nie było choćby jednej z pierwszych czterech wymienionych powyżej strat, wygralibyśmy ten mecz.

Ale przegraliśmy. W słabym stylu. Rozczarowując poderwanych już w pozytywnych emocjach kibiców. Nie zasługując na wygraną i przekreślając cały dobry mecz, który po wygranej stałby się legendą. A może nawet impulsem takim jak ten mecz piłkarzy ręcznych z legendarną bramką Artura Siódmiaka. Bo czułem, że dzisiaj nadchodzi przełom, a przebieg meczu (-15 w pierwszej połowie i wyjście na +9) przerósł nawet moje oczekiwania.

Wszystko trafił szlag.

O ocenę polskiej koszykówki i jej pozycję kłócimy się w wielu miejscach od lat. Zawsze byłem niepoprawnym optymistą. Ale ta sekwencja powyżej, mimo późniejszych szans w dogrywkach, mój optymizm zabija. Podobnie jak zabiło go swego czasu pokolenie graczy urodzonych w latach 70., masakrując koszykarski entuzjazm w Polsce porażkami w meczach o punkty z Węgrami, Białorusią, Austrią, Macedonią itp., kolejnymi przegranymi eliminacjami do EuroBasketów 1999, 2001 i 2003.

Nie umiemy grać dobrze w koszykówkę. Mimo że ten niedzielny mecz był znakomity (dla postronnego widza), zostanie na lata zapamiętany nie tylko w Finlandii, mimo że byliśmy przygotowani, skuteczni i graliśmy 39 minut fajnego basketu, nic to nie znaczy. Przykro mi. Nic.

Nie umiem w sobie znaleźć ochoty i powodów do „jechania” z trenerem Mike Taylorem czy z zawodnikami, którzy byli na boisku w Helsinkach. Pomysły i rotacje Taylora uważam za dobre. Kluczowa idea z przekazywaniem krycia przy zasłonach była dobra. Wcale nie jest „dziwna” czy „dla dziewcząt” - jak ktoś napisał. Tak gra często wiele klubów Euroligi, zapraszam jesienią do Polsatu Sport na kolejny sezon. Dało nam to dużo korzyści i świetny fragment obrony w czwartej kwarcie. Dobrze był pilnowany świetny Markkanen, brawo tu dla Tomasza Gielo, ale pracowało na całą obronę wielu. Czy koszykarzom należy się łomot? Wyglądali na dobrze zmotywowanych, skoncentrowanych, walczyli, wrócili mimo słabego początku do dobrej gry. Teraz na pewno czują się podle, bo choć dali z siebie wiele, nie wystarczyło. Nie winię ich. Nie byli wystarczająco dobrzy.

W tym meczu jednak po prostu musiało być zwycięstwo. Błędy ostatniej minuty, które doprowadziły do porażki, niestety wynikały ze słabości polskich koszykarzy i polskiej koszykówki. W której dużo jest do poprawy. W której pomysły na „oszukanie” rzeczywistości, w której na EuroBasket pojechaliśmy z 1 zawodnikiem z Euroligi i z 0 zawodników z NBA, licząc mimo to na sukces w starciach z drużynami z zawodnikami znacznie bardziej doświadczonymi (nawet u Finów: Markkanen - NBA, Koponen - Barcelona), okazały się niewystarczające. Nie warto więc się do tych pomysłów przywiązywać…

I tu postawię trzy kropki. Ten tekst miał być o wiele dłuższy. Jednak nie będzie, przynajmniej na razie. Polska mimo klęski z Finami może jeszcze pokonać Francuzów we wtorek i Greków w środę, wejść dalej, powygrywać w fazie pucharowej. Wszystko może się zmienić, jeśli chodzi o wyniki, póki piłka w grze, itp. itd. Ja w to już niestety nie wierzę, choć chciałbym się mylić. Ale z publikowaniem moich obecnych wniosków i przemyśleń nt. polskiej koszykówki i jej potrzeb, poczekam, aż się dla naszych ten EuroBasket skończy. Jeśli ktoś będzie ciekaw oczywiście, co tam sobie myślę… to zapraszam za kilka dni. Oby za kilkanaście.

A naszym koszykarzom i trenerom dziękuję za ten mecz. To jest sport. Było warto poświęcić czas i emocje. Powalczcie w następnych meczach.

 

03:35, adrom72
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 września 2017
Krótko po Islandii (EuroBasket 2017)

Dzisiaj polscy koszykarze rozgromili 91:61 punktami Islandię w drugim meczu EuroBasketu 2017 w Finlandii. Brawo.

Nie ma się nad tym meczem co więcej rozwodzić, bo celem było łatwe i wysokie zwycięstwo, co zostało wykonane. Na dodatek obyło się bez strat „w ludziach i sprzęcie”, a - co było numerem 1 w planie - Islandczykom nie pozwoliliśmy na rzucanie za trzy. Trafili w pierwszych trzech kwartach zaledwie 3 razy, rzucali też mało, wszystko świetnie. Lubię, jak po meczu w statystykach widzę to, o czym nasi trenerzy mówią przed meczem.

Niestety, z racji podróży pierwszej połowy nie oglądałem pierwszej połowy tego meczu. Skazany na opisy na twitterze poczułem się mocno zaniepokojony, bo wyczuwalna była atmosfera oczekiwania na kompromitację lub - nie wykluczam - po prostu nerwowej reakcji na słaby początek Polaków. Sprzed telewizora w drugiej połowie zobaczyłem już coś całkiem innego, ale może to moje szczęście. Powtórzę, dla mnie liczył się tego dnia jednak tylko wynik.

Wydaje mi się jednak, że przy naszym zespole, złożonym z ambitnych - w skali europejskiej - outsiderów (w znaczeniu amerykańskim, czyli będących poza głównym nurtem), momenty słabe, nudne, przykre, będą się powtarzać. Żeby coś zrobić w tym EuroBaskecie musimy być jak Grecja w piłkarskim Euro w Portugalii. Nudni, czasami nieporadni, ale świetni, gdy trzeba - nawet koślawo - strzelić jedyną bramkę w meczu. I wygrać.

Jutro (niedziela, od 18.50) moim zdaniem najważniejszy mecz. Nawet jeśli Finlandia w tym turnieju będzie goliła u siebie wszystkich - od Francji zaczęła, nie wiem jeszcze pisząc, co dzisiaj zrobi ze Słowenią - to właśnie ją musimy dopaść. Tu jest moment i szansa na zbudowanie czegoś wielkiego. Wobec kompletu widzów i przede wszystkim wobec siebie, przed ostatnimi dwoma meczami w Helsinkach we wtorek z Francją i w środę z Grecją. Wierzę w mądrość naszego trenera, jego sztabu i naszych zawodników, wierzę w ich doświadczenie z kilku turniejów i kwalifikacji. Usłyszałem w wywiadzie po meczu Mateusza Ponitkę, który mówił dokładnie o tym, że mecz z Finami to sprawdzian. To jest teraz moment prawdy dla naszego zespołu. Mimo że przeciwnik trudny, mający w składzie wielką gwiazdę najbliższych lat na poziomie NBA Lauriego Markkanena.

I niech to będzie brzydkie. Ale zwycięskie.

14:58, adrom72
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2017
Po meczu ze Słowenią

Krótko, ale dłużej niż byłoby na TT.

Zły wynik, zbyt słaba gra. Wiadomo było, że rywale będą mieli dwie gwiazdy Realu Madryt i lidera Miami Heat. Oni ten mecz wygrali dla Słowenii. Nie potrafiliśmy tego zniwelować, nie potrafiliśmy ich zatrzymać, trafiali najważniejsze rzuty.

Nadal jednak planem pozostaje według mojego prywatnego zdania wygranie 1 z 3 meczów z mocarzami (została Grecja i Francja) oraz obu z Islandią i Finlandią. Ten mecz mi pokazał, że te cele są do zrealizowania. Trzeba przede wszystkim opanować nerwy i pamiętać, z kim i gdzie gramy, bo mam wrażenie, że to właśnie powodowało fatalne decyzje przy podaniach i banalne straty. Bo strat „zwykłych” nie szkoda, ale takich wynikających z pozornej niedbałości jak najbardziej. „Pozornej”, bo gramy przeciwko wybitnym obrońcom i nie jesteśmy przygotowani, że podanie, które na innym poziomie dochodziło do celu, zostanie przechwycone. I tymi kilkoma decyzjami przegraliśmy.

Oczywiście to nie jest takie proste, ale tutaj są największe rezerwy.

Powrót do gry wyrównanej w obliczu kłopotów - na plus.

Mateusz Ponitka - na plus.

Walka i mentalność do końca - na plus.

Margines na porażki - już mały.

#DawajPolska! - Stać was.

 

15:10, adrom72
Link Dodaj komentarz »
Przyjemność z EuroBasketu 2017

Nie uda mi się znów być osobiście na EuroBaskecie, tym razem rozgrywanym - dla Polaków - w Finlandii i Turcji. Na boiska koszykarskie patrzę teraz z perspektywy siatkarskiego katowickiego Spodka, gdzie oglądam z bliska mecze EuroVolley. Ale koszykówka to koszykówka. Więc bez względu na to, co będzie się działo w Finlandii i - oby - Turcji, kilkoma myślami chciałem podzielić się jeszcze teraz - zanim pierwsza (koszykarska) piłka dzisiaj o 12.45 w Helsinkach pójdzie w górę.

Po pierwsze, chcę zaznaczyć, że wynik i styl gry kadry Polski na EuroBaskecie 2017 będzie skutkiem tego, co wokół reprezentacji się działo od 2013 roku (i częściowo wcześniej). Wysiłków organizacyjnych, koncepcji wyboru trenera, jego osobowości i jakości trenerskiej, sposobu budowania marki reprezentacji i dobrania sztabu wokół Mike’a Taylora. To wszystko było inne niż wcześniej, znacząco inne. Jeśli będzie dobrze, warto o tym pamiętać. Jeśli będzie źle, także.

Po drugie, nie ma zgody na zadowolenie tylko pod warunkiem walki o medale. Sorry, ale dla mnie to głupota. Ja uważam, że Polska w tym turnieju ma szansę zakręcić się wokół nawet półfinału, a ćwierćfinał uważam za bardzo realny. Ale w tym turnieju chce tego 20 zespołów na 24. Mamy w reprezentacji jednego zawodnika z Euroligi, który na dodatek jeszcze w niej nie gra, oraz żadnego w NBA. Mamy trenera, którego sukcesem klubowym jest siódme miejsce w lidze niemieckiej, a reprezentacyjnym miejsce 11. Nie da się tego porównać z połową uczestników EuroBasketu 2017.

Mam nadzieję, że będziemy grać 10 razy lepiej niż suma składników indywidualnych, ale to i tak może nie wystarczyć do wejścia do ósemki. I nie chodzi tu o żadne usprawiedliwianie czy pocieszanie. Taki jest po prostu obrazek. Chodzi o nieodbieranie radości z fajnej gry i emocji, które dostarcza polska drużyna. Celem jest posiadanie drużyny, która będzie miała fajnych (z premedytacją używam infantylizmu) zawodników, grała z pazurem i powalczy w każdym meczu. Z nastawieniem na taki zespół usiądę do meczów i takie każdemu polecam.

To co powyżej jest w kontrze do tez umieszczonych w tekście tutaj. To podejście Tomasza Sobiecha mi się gruntownie nie podoba i pisanie takich tekstów przed turniejem uważam za kompletną pomyłkę. Piszę to otwarcie, żeby uniknąć spekulacji i domysłów. Moim zdaniem ktoś, kto pisze w ten sposób, kompletnie rozmija się z tym, co myślą i czego oczekują kibice. I dodam jeszcze - nie rozumiem, jak ktoś, kto lubi podkreślać słabości polskiej koszykówki, widzi je wszędzie - od ligi i związku jako organizacji, poprzez kluby, jakość szkolenia i zawodników, po skład kadry i poziom trenera kadry - nagle oczekuje od Polaków, że „stać ich na wygrane”, „stać na realne sukcesy na boisku”, deklaruje „oczekujmy prawdziwych zwycięstw” i twierdzi, że „mamy od kogo wymagać”. Skąd to się wzięło?

Całość brzmi jak przygotowanie pod kolejne gromy w przyszłości, kiedy postawione odważnie cele nie zostaną spełnione. Albo zastraszenie tych, którzy ośmielą się być zadowoleni z fajnej gry Polaków mimo np. braku awansu do ćwierćfinału. Tezy są też tak dobrane, że dyskusja - którą podejmuję - jest pozornie skazana na niepowodzenie. No bo jak to? Teraz nagle usprawiedliwiam przyszłe porażki? NIE! Brak wyjścia z grupy i brak awansu do ćwierćfinału będzie porażką nie do usprawiedliwienia. Czy teraz twierdzę, że Polska nie ma silnej ekipy? NIE! Ma bardzo dobry zespół, najlepszy od 30 lat. Teraz tylko piszę, że pisanie „macie wygrywać, a jak nie to odmawiamy wam radości po porażkach” to bzdura. Kibic wyczuje dobry sport i sam zdecyduje, czy polubić ten team, czy nie, bez względu na wyniki i pisaninę po stronach i blogach.

Wystarczy jednak o tych, którzy szukają negatywów. Zawsze to będę powtarzał: reprezentacja Polski zaciekawiała mnie i fascynowała wtedy, kiedy sukcesem było pokonanie Węgier czy Słowacji, i nie przestanie teraz, kiedy moim zdaniem gra najlepiej od czasu, kiedy jako juniorek w 1988 roku w hali Spożywczaka w Toruniu zobaczyłem pierwszy raz na żywo kadrę Polski koszykarzy. Wtedy był to pogrom, jaki Polakom zafundowali w eliminacjach ME Francuzi. Potem były różne momenty, chwały i chały, ale nigdy - aż do dzisiaj - nie mieliśmy drużyny, która - jak w sparingach - będzie grała o zwycięstwo i jak równy z równym z najlepszymi, w każdym meczu. Elementy tego były dwa lata temu, a na potwierdzenie czekam w Finlandii i Turcji. Ta ekipa ma wypracowaną wielką pracą wysoką jakość (a nie: efektowne zrywy i szanse na fuksiarskie wygrane) i na potwierdzenie tego czekam. Bo to jest właśnie coś nowego - widzę w sparingach grę na tyle dobrą, że walczymy o wygraną z każdym. To nie jest przypadek. I to jest moje „po trzecie i najważniejsze”.

Dlatego czekam na emocje. Na fajne mecze ze Słowenią, Islandią, Finlandią, Francją i Grecją. Na podtrzymanie poziomu zarysowanego w sparingach. To jest najważniejsze. Bo właśnie to - a nie zaklęcia i rozliczenia - da wygrane. Może dwie, może trzy, może cztery w grupie i później w kolejnych rundach. Jak się nie uda, trudno. Jeśli będzie grane w dobrym stylu, nie zapłaczę.

Nie będę też patrzył na EuroBasket z myślą, że od niego zależy cała przyszłość polskiej koszykówki, sponsorzy, kibice, popularyzacja. Że musi być ćwierćfinał, bo inaczej wszystko jest do d... Nie chcę o tym czytać i tego słuchać. Takie myślenie zaburza normalność i przyjemność. Przyszłość przyjdzie i tak. Dobra czy zła. Zostawmy to, naprawdę. EuroBasket to przede wszystkim wielki basket, niewiadome i emocje. I to chcę zobaczyć w biało-czerwonych barwach już od dzisiaj!

 

01:49, adrom72
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 sierpnia 2017
Zmarł Adam Wójcik

To jest szokująca informacja. Nie da się jej skomentować… Nie da się o tym myśleć bez bólu. Może więc tylko skreślę tych kilka akapitów, żeby oddać hołd wybitnej postaci.

Od dłuższego czasu drogą prywatną (z zaznaczeniem, że ma pozostać prywatna, na wyraźne życzenie) docierały smutne wieści o zdrowiu Adama Wójcika walczącego ze śmiertelną chorobą. Wydawało się, że już wygrał, ale niestety niedawno doszło do nawrotu. Choroba zabrała nam absolutnie przedwcześnie człowieka wybitnego, którego nie da się zastąpić. Koszykarza znakomitego, którego wszyscy kochali i podziwiali. Wszyscy. To mówi o tym, kim był.

Pozostaną w pamięci jego akcje i jego wizerunek, jego sukcesy - 8 mistrzostw Polski, 14 medali MP, gra na 4 EuroBasketach, 149 meczów i 1821 punktów w kadrze, największa liczba występów ze wszystkich Polaków w Eurolidze… Miano króla ligowych strzelców, drugie miejsce w historii za Eugeniuszem Kijewskim w tych punktach, drugie w liczbie rozegranych meczów za Dariuszem Parzeńskim. Strona pzkosz.pl to wszystko wypisze, długa to lista.

Jakże tragiczne i niesprawiedliwe jest, że trzeba było to skompilować i opublikować. Miał tylko 47 lat.

Adama zobaczyłem z bliska - można powiedzieć, że poznałem nieco lepiej - w autobusie Mazowszanki Pruszków w latach 90., kiedy jako młody dziennikarz podróżowałem po całej Europie z tym zespołem, a on przez rok tam grał - zresztą znakomicie. Później wiele razy w tej relacji zawodnik - dziennikarz/komentator/działacz się spotykaliśmy w całej Polsce i Europie. Przecież w reprezentacji grał jeszcze osiem lat temu. Przecież w lidze grał jeszcze pięć lat temu… Próbowałem go ściągnąć do Czarnych Słupsk, kiedy tam pracowałem, ale wybrał wtedy Poznań… Przez jedno lato wspólnie komentowaliśmy też mecze kadry dla Polsatu Sport.

I jedno mi przychodzi do głowy w tej tragicznej chwili, kiedy moment temu dowiedziałem się o jego odejściu: Adam pod żadnym względem i w żadnym znaczeniu na boisku i poza nim NIGDY mnie nie zawiódł. Taki był.

Nie ma sensu pisać więcej…

Adamie, byłeś zawsze wzorem, idolem, inspiracją, zawodowcem! Dziękuję Ci za wszystko. Będziemy pamiętać! Odpoczywaj!

Krystyno, Janie, Szymonie - wyrazy wsparcia, choć wiem, że nic już nie zmieni niezmiennego... Trzymajcie się!

Żegnaj, Wielki Adamie!

12:06, adrom72
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 lipca 2017
Czy Taylor zawiódł?

No cóż. Odbyła się kolejna inspirująca dla mnie dyskusja na Twitterze, która tam jest skazana na niepowodzenie, bo trudno się wyrazić w 140 znakach, albo nawet w 280.

Więc trochę na ten temat tu. Długie pisanie. Strumień myśli na tematy, które w tej twitterowej szarpaninie zostały nadgryzione.

Cała dyskusja kręciła się wokół wypowiedzi znakomitego kiedyś zawodnika Piotra Szybilskiego, który stwierdził o Mike Taylorze, obecnym trenerze kadry koszykarzy:

To gość który zaprzepaścił najlepszy skład w ostatnich 3 dekadach. Nie zawiódł? Szkoda prądu.

Potem Piotr poprawił się, że mu o dwie dekady chodziło, czyli o okres od 1997 roku, kiedy polscy koszykarze zajęli siódme miejsce w Europie. On grał w tym zespole, znakomitym, niezapomnianym, który wypromował polską koszykówkę i dał wielką nadzieję, którą niestety później - w kolejnych latach - sam zgasił, przegrywając fatalnie eliminacje do kolejnych czterech EuroBasketów.

Piotrowi chodziło o zespół Taylora z EuroBasketu 2015 roku. Moim zdaniem najlepsze, złożone z zawodników z wyższych półek, były zespoły z 2009 i zwłaszcza z 2013 roku. Oba bardzo zawiodły, chyba co do tego nie ma wątpliwości. Ale OK, nawet przyjmijmy teoretycznie, że drużyna z Francji, w składzie Koszarek, Slaughter, Skibniewski, Ponitka, Waczyński, Zamojski, Gruszecki, Cel, Czyż, Kulig, Karnowski i Gortat to był najlepszy skład od 20 lat. I zastanówmy się, czy Taylor rzeczywiście zawiódł.

Dwa lata temu we wrześniu postanowiłem akurat na jakiś czas wziąć wolne od Twittera i wypowiadania się publicznie, więc nie wyrażałem opinii na temat tamtego turnieju. Teraz z dystansu mogę coś napisać. Tamten EuroBasket niestety był skazany na niepowodzenie z jednego podstawowego powodu. Był nim słaby system FIBA przewidujący po graniu w grupach „mecz o wszystko” w 1/8 finału zamiast drugiej fazy grupowej i losowanie, które skazało nas na grę w tym meczu o wszystko z drużynami grupy B. Czy zajęlibyśmy w swojej grupie pierwsze czy czwarte miejsce, wpadaliśmy na Serbię, Hiszpanię, Włochy, Turcję lub Niemców. Ci ostatni, z Dirkiem Nowitzkim w składzie, grając u siebie nie zdołali nawet wyjść z tamtej grupy. Mam wrażenie, że to było pięć z ośmiu najlepszych drużyn tego turnieju (trzy były ostatecznie w ósemce, a Turków wyeliminowała Francja).

Wpadliśmy z trzeciego miejsca na Hiszpanię, która była druga w tamtej grupie. Warto podkreślić, że na pozostałych drugich miejscach były Chorwacja, Łotwa i Izrael. Inny system, inne losowanie, mogłoby dać „mecz o wszystko” z nimi. Ale to głupie gdybanie. Dostaliśmy Hiszpanię i trzeba było ją pokonać, żeby przejść do historii i zdobyć serca kibiców.

Wracając do grupy. Oczywiście była wielka szansa na drugie miejsce i grę w Włochami w meczu o wszystko, ale przegraliśmy z Izraelem w grupie i przepadło.

I tu dochodzimy do tematu „czy trener zawiódł”. Oczywiście, przegrał trzy mecze. Dwa niewysoko grając w znakomitym momentami stylu z Hiszpanią i Francją (skończyły turniej na 1. i 3. miejscu) oraz po słabym meczu z wspomnianym Izraelem. I tu ja zauważam słabość Mike’a Taylora - co roku (prowadził kadrę w trzech sezonach) zdarza się jego drużynie JEDEN niewytłumaczalnie słaby mecz, zupełnie inny niż wszystkie, który sromotnie przegrywamy, grając na dodatek tragicznie. W 2014 roku to była porażka w Austrii, w 2015 roku ten nieszczęsny Izrael, a w 2016 roku przegrana w Toruniu z Białorusią. To jest niedobre, to musi się zmienić. Fajnie, że po takim spotkaniu następne jest zawsze świetne - z Niemcami na wyjeździe w 2014, z Finlandią w 2015 i z Estonią na wyjeździe w 2016, ale to nie wystarczy. Powtórka tej akcji w 2017 będzie nie do przebaczenia, bo jest już doświadczenie z tego typu wpadek.

Jednak to jest sport! Czy to nie jest tak, że rzadko udaje się zagrać sześć czy siedem meczów w krótkim czasie na równym, bliskim maksymalnego potencjału, poziomie? Przykładów na to w koszykówce i innych sportach nie brakuje. Pozostałe pięć meczów w 2015 roku było dobrych. Wygraliśmy z Rosją, Bośnią i Finlandią. Ja byłem dumny z tego zespołu, z tego jak grał, jakie były pomysły, że wszyscy niemal zawodnicy (więcej o tym niżej) zagrali swojego maksa życiowego lub byli tego blisko. 11. miejsca w Europie nie odebrałem jako klęski, zawodu czy porażki nawet. To w końcu praktycznie to samo co w 2009 (dziewiąte miejsce) i o kroczek za słynną drużyną z 1997 roku (siódme). Powiedziałbym, że gdzieś tam między siódmym a 12. miejscem w Europie na ten moment powinniśmy z naszą reprezentację być, żeby zaatakować wyższe w drugim etapie. Ten etap jest teraz, kiedy nasi polscy koszykarze indywidualnie są w coraz lepszych klubach i grają na coraz lepszym poziomie (Waczyński, Ponitka, Kulig, Karnowski, ale także Cel, Slaughter i inni).

-

Jeśli mówimy o tym, kto zawiódł, to dla mnie wielkim zawodem tamtego turnieju był Marcin Gortat.

I tu ważne wtrącenie.

Marcin Gortat jest dla mnie tam, gdzie wielcy herosi polskiego sportu ostatnich lat: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica, Adam Małysz, Robert Lewandowski. Jeden z pięciu największych. Niestety, jakoś tak się stało, że nie „zgrupował się” w drużynę narodową, która jak siatkarze czy piłkarze ręczni - przy których trudno wymienić jednego herosa (Zagumny? Kurek? Wlazły? Bielecki? Szmal? Siódmiak?) - porwali wszystkich Polaków. Nie stał się liderem reprezentacji, która wygrała cokolwiek. Sam na pewno jest zły z tego powodu.

Jednak nie zmienia to faktu, że to jeden z nielicznych WIELKICH i kiedy on mówi coś o reprezentacji Polski, kiedy mówi coś o PZKosz, kiedy uważa, że Adam Romański się kompromituje na Twitterze, a nawet gdyby powiedział, że Ziemia jest płaska i wsparta na czterech żółwiach w wojskowych mundurach, to ponieważ mówi to MARCIN GORTAT, należy to dogłębnie przemyśleć, rozważyć i mocno wziąć do siebie. Mówię o tym całkowicie poważnie. On jest jednym z wielkich tego świata i sam na to zapracował. Ja tymczasem mogę ze swojej małej dziupelki w prowincjonalnym lesie, w siedemnastym drzewie za piętnastym krzaczkiem i ósmą ścieżką, pisnąć cichutko to co poniżej.

A mianowicie to, że jedynym zawodnikiem, który we Francji w 2017 roku zagrał poniżej swoich możliwości, był Marcin Gortat właśnie. Nie był ani świetną częścią drużyny, ani indywidualnością, która pociągnęła innych. Czysto koszykarsko - co zresztą sam przyznał - nie pasowało mu europejskie granie wysokich graczy wyciągających centra spod kosza. Tłumaczenie, że winna czyjejś słabej gry jest europejska koszykówka, można wyśmiać - zresztą mam wrażenie, że zrobili to w „Uchu Prezesa” w skeczu z Antonim („to warunki jazdy nie dostosowały się do naszej prędkości”). Jednak trzeba zaznaczyć, że 11,3 punktu, 47 procent z gry, 6,3 zbiórki i 0,5 bloku na mecz Marcina Gortata w tym turnieju oraz występy centrów rywala Andrii Stipanovicia (20 punktów), Andrieja Zubkowa (21 punktów), D’ora Fischera (15 punktów) i Paua Gasola (30 punktów, 6/7 za trzy), nie zadowoliły nikogo, z pewnością także nie samego środkowego Washington Wizards.

I uwaga! Przytaczam to wszystko głównie dlatego, żeby pozbawić mocy argument „Taylor zawiódł”. Bo oczywiście, pryncypialnie większość albo całość „winy” (cudzysłów nieprzypadkowy, bo to nie termin na sport) za taką grę Marcina Gortata można przypisać trenerowi. Można byłoby powiedzieć, że nie znalazł dla niego roli. Że nie dał zadań odpowiednich do jego zdolności. Że źle nakreślił taktykę. Że nie potrafił się z Marcinem porozumieć, żeby to zadziałało. Każdy, kto widział te mecze w 2015 roku, może sobie odpowiedzieć, czy tak naprawdę było. Każdy też może sobie odpowiedzieć, czy to była „wina” Gortata.

Moim zdaniem to bzdura w obu przypadkach. Faktem jest, że nasz świetny koszykarz Marcin Gortat zagrał średni turniej. Ja go za to - nawet gdybym mógł ze swojej małej dziupelki - nie winię, nie krytykuję, nie piętnuję. Nie zgodzę się na stwierdzenie, że zawiódł.

Ale trenera to też dotyczy.

Rozmawiamy tu o odczuciach czy uczuciach, bo takim jest „trener zawiódł”. Więc na koniec wątku MG13 największymi literami napiszę co mi leży na sercu. Jako dla kibica koszykówki jest dla mnie w najwyższym stopniu smutne, że NAJWYBITNIEJSZY KOSZYKARZ W HISTORII POLSKI (co do tego nie mam wątpliwości) zakończył grę w reprezentacji na udziale w sześciu akcjach (na 12 możliwych w tym czasie): grał w dwóch tragicznych, przegranych eliminacjach, w jednych udanych kwalifikacjach, a także tylko na trzech EuroBasketach i ma na nich bilans meczów 6-11.

I nie ma w tym stwierdzeniu żadnych pretensji do nikogo, w tym zwłaszcza do Marcina, żadnego żalu, złośliwości, chęci szukania winnych. Jest to po prostu stwierdzenie. To jest do niczego. Strasznie źle, że tak jest.

-

Wracając do EuroBasketu 2015. Uczciwie trzeba dołożyć do tego rozumowania Łukasza Koszarka, który miał w 2015 roku niestety słaby turniej, walcząc cały czas z bolesną kontuzją. Ja mam ogromny szacunek do Łukasza, do jego przywiązania do kadry i do jego osiągnięć w pozostałych meczach o punkty, więc wrzucam go za ten turniej do pudełka z napisem „jedyny słabszy moment w kadrze”. Miał do niego prawo. W 2016 pokazał, że nadal w kadrze jest mocny.

Natomiast pozostali: Slaughter, Zamojski, Ponitka, Waczyński, Cel, Kulig, Karnowski oraz mało grający Czyż, Gruszecki, Skibniewski - wszystkich ich zapamiętałem z tego turnieju grających na dobrym lub świetnym poziomie. Niektórzy zagrali turniej życia. Gdy było coraz trudniej - Finlandia, Hiszpania! - dali radę.

Czy to negujemy?

Jeśli nie, to jest w tym chyba zasługa Mike’a Taylora.

-

Kolejny wątek. Dyskusja przeniosła się też w rejony, czy należy stawiać konkretne cele (np. miejsca) i rozliczać z nich po zawodach w sporcie. Trochę o tym. Cele i rozliczanie jako takie oczywiście tak. Najlepiej w formie: „trzeba wygrać każdy mecz i zająć jak najwyższe miejsce”. Ale - to jest oczywiście moje zdanie - żyjemy w czasach, w których sport zaczyna się postrzegać jak tabelkę excela w firmie sprzedającej żarówki. Przychody, rozchody, zyski, straty, bilans. Nie można tak!

Piłkarze i Adam Nawałka nie stali się gorsi od tego, że na zakończenie świetnego turnieju Euro 2016 przegrali po karnych z Portugalią. (To zresztą dobry odnośnik do EuroBasketu 2015, gdzie też pokonał nas przyszły mistrz po dobrym meczu). Siatkarze i Stephane Antiga nie byli słabi i do rozliczenia dlatego, że po 10 wygranych z rzędu przegrali mecz z Włochami w ostatnim dniu Pucharu Świata 2015, przez co różnicą setów zajęli dopiero trzecie miejsce i nie awansowali z tego turnieju na igrzyska olimpijskie. Przykładów może być więcej, także w sportach wymiernych i indywidualnych, gdzie można się poprawić, być w świetnej formie, a nagle pojawi się trzech świeżych Chińczyków i medalu nie będzie.

Myślałem o tym i ewentualnie mogę się zgodzić na cele konkretne i rozliczanie w ligach. Tam jednak jest inna sytuacja. Każdy gra z każdym dwa razy. Nie ma grup, losowań, rozstawień. Jeśli w play-off na kogoś wpadamy, to był to zespół, którego miejsce wyznaczyły tylko wyniki na boisku. Znamy budżety i możliwości wszystkich rywali i swój, więc możemy przed sezonem powiedzieć: „Trenerze (prezesie)! Robicie co najmniej piąte miejsce albo was nie ma!”.

W reprezentacji tak się nie da. Bo nie ma budżetu i nie da się kupić zespołu. Bo rozgrywki są niesprawiedliwe (grupy, koszyki, losowania). Bo nigdy nie wiadomo (w większym stopniu niż w lidze) co będą mieli rywale. Bo dochodzą emocje związane z dumą narodową. Bo buduje się latami i czerpie z pracy poprzedników w większym stopniu niż w klubie. I tak dalej.

Każde tego typu żądanie postawienia konkretnego celu (np. Taylorowi na EuroBasket 2017 - np. co najmniej ósme miejsce) i późniejszego twardego rozliczenia uważam po pierwsze za minimalizm (bo co się dzieje z motywacją i otoczką, kiedy już będziemy w ósemce?). Po drugie, za podstęp wobec decydentów czy trenerów ze strony kogoś, kto chce usunięcia tych osób „bo nie wypełnili celu”. Bo jaki inny może być cel stawiania takich konkretnych zadań w sporcie reprezentacyjnym?

Przecież tu trzeba być mądrym, ocenić po turnieju pracę w sensie podjętych decyzji, wybranych strategii i taktyk, poprowadzonych meczów i podjąć na tej podstawie decyzję. Przecież to się robi w PZKosz. A wynik nie jest do zaprogramowania.

Przecież ideałem jest w przypadku reprezentacji powiedzmy 10-letnia praca dobrego trenera, który zdobędzie - bo ja wiem - dwa, trzy medale, ale też dwa, trzy razy będzie piąty, szósty, a raz nawet dziesiąty. Czy kontynuacja i stabilizacja nie są warte, żeby czasami przetrwać porażkę? Zwłaszcza w koszykówce, gdzie konkurencja jest tak ogromna, gdzie państwa o potencjale Polski też czekają na medale latami albo po jednym-dwóch seria im się kończy.

Oczywiście rozliczenie za turniej/akcję, presja na trenera i zawodników, wytworzenie „kultury wygrywania”, wykluczenie możliwości lekceważenia czegokolwiek czy podejścia typu „gramy żeby grać” - to wszystko musi być!

Przekładając to na Mike’a Taylora: po wygranych dwóch kwalifikacjach z łącznym bilansem 10-2 (pierwsze miejsca w grupie) oraz po EuroBaskecie 2015 z bilansem 3-3 i porażką w play-off z późniejszym mistrzem, nawet największym krytykom wypadałoby siedzieć cicho i rzeczywiście czekać na jakąś wpadkę czy niepowodzenie. Dla mnie poważnej wpadki ani niepowodzenia jeszcze nie było. A kontynuacja i stabilizacja dają nadzieję, że będzie większy postęp niż przy jakichś kolejnych zmianach.

-

Otwieram kolejny wątek. Przy okazji dyskusji o Taylorze rozwinęła się rozmowa, co jest „szałem” dla trenera kadry, skoro przy tym trenerze w kadrze - jak twierdzą niektórzy - „szału do tej pory nie było”. Inaczej mówiąc, tak to odebrałem, co w ostatnich latach było sukcesem dla polskiej reprezentacji. Odpowiadał użytkownik 2takty i mnie zdziwił, bo myślałem, że cofniemy się co najmniej do 1997 roku, a padło, że w 2009 roku wygraliśmy mecz z Litwą, a w 2011 roku mecz z Turcją.

Dla mnie to dziwne. Bo to oczywiście świetne wyniki. Ale jednak tylko pojedyncze mecze.

W obu tych turniejach - pomijam już fakt, w jakich składach grały wtedy Litwa i Turcja - były to nasze ostatnie zwycięstwa. Ich siła rażenia została zmarnowana przez brak kolejnych wygranych, czyli w 2009 przez porażki z Turcją, Słowenią, Serbią i Hiszpanią, a dwa lata później z Wielką Brytanią, po której wypadliśmy z gry. Więc do mnie to nie przemawia. Wolę drużynę, którą - takie mam wrażenie - mamy teraz, z Taylorem, która ma na tyle dobry skład i cechy dodatkowe (o tym niżej), że z każdym może powalczyć, nie tylko w pojedynczym meczu. Owszem, pojedynczego meczu z Wielkim jeszcze nie wygrała, ale miała tylko dwie szanse, z Francją i Hiszpanią w 2015 roku. W obu pokazała świetny basket i grała o wygraną, z Francją do końca, z Hiszpanią do 30. minuty mimo popisów Gasola.

Dla mnie szał był, ale niepełny, tylko raz za mojego świadomego koszykarskiego życia (od 1986 roku). Za Eugeniusza Kijewskiego na EuroBaskecie w 1997 roku, od którego zacząłem te wywody. Wygraliśmy z Łotwą, ale później też z Niemcami, Chorwacją i Turcją. Styl? Jakość gry? Taktyka? Wykorzystanie potencjału graczy? Niech każdy oceni sam, można na youtube znaleźć film z całym meczem ćwierćfinałowym z Grecją, na którym moim zdaniem widać wszystko. Ale przestrzegam, tak jak przy Marcinie Gortacie, nie ma żadnego sensu krytykować czy mieć jakieś uwagi np. do Macieja Zielińskiego, że w tym meczu miał pięć strat, trafił 3/13 z gry czy podejmował słabe decyzje. Taka opinia byłaby absurdalna, niesportowa i absolutnie poważnie odmawiam ewentualnej dyskusji na tym poziomie. Tylko szacunek!

Co do drużyny z 1997 roku też zastrzeżenie. Drużyna, która wygrała tyle meczów, dostała lanie od Jugosławii (-28), Hiszpanii (-43) i Litwy (-21), a także wyraźnie przegrała z Włochami i Grecją. Wtedy byliśmy moim zdaniem w takim punkcie, że w 1999 roku mogło być lepiej. Że już niektórych meczów nie trzeba by było odpuszczać, a w niektórych meczach do entuzjazmu, świetnego biegania, atletyzmu i rzucania za trzy można było dołożyć dużo więcej. Niestety, do kolejnego EuroBasketu nie awansowaliśmy i wszystko się rozpadło.

Ale właśnie na tych obserwacjach buduję swój optymizm na 2017. Obecna grupa ludzi już poniosła porażkę (choćby w 2013), która jest konieczna przy prawdziwym postępie, jest długo razem, zobaczyła, jak jest blisko czegoś wielkiego, i w moim przekonaniu trzech meczów w wymiarze „minus 20 lub więcej” nie przegra na jednym turnieju, z kimkolwiek by nie grała. A ma szansę wygrać ich więcej niż cztery z dziewięciu, jak to było z kadrą z 1997 roku.

-

Wracając do oceny hasła „trener zawiódł”. Jest oczywiste, że to wszystko można oceniać zupełnie inaczej z perspektywy potrzeb polskiej koszykówki. Tu spojrzenie wręcz musi być całkiem inne. Kiedy siatkarze kończą mistrzostwa Europy poza ósemką (dwa razy na pięć turniejów w ostatnich 10 latach) czy piłkarze ręczni w mistrzostwach świata są na 17. miejscu (tegoroczny turniej) jest słabo, kibice psioczą, ale siatkówka i piłka ręczna nie znikają z oka publiczności. Koszykówka jest w tym miejscu, że MUSI zrobić medal w mistrzostwach Europy lub przynajmniej o niego walczyć, wystąpić w decydującym turnieju o igrzyska lub w mistrzostwach świata, żeby pomarzyć o wejściu w zasięg wzroku kibiców. Podkreślam, to niczego nie zagwarantuje, ale może pomóc. I w tej kategorii można każdego trenera prowadzącego Polskę na EuroBasketach określić mianem „zawód”, bo żaden z nich nie stał się Lozano czy Wentą koszykówki - nie wyniósł polskiej koszykówki reprezentacyjnej tam, gdzie jej miejsce, czyli - jak wszędzie - na drugim miejscu za piłką nożną.

Ale nie mylmy zawodu z tego powodu, że koszykówka nie jest popularna, z zawodem wynikającym z gry i wyników kadry koszykarzy.

-

W tym momencie w paru akapitach o tym, za co cenię obecną reprezentację, a tym samym Mike’a Taylora, a w tle także Marcina Widomskiego (uważam za uczciwe, żeby to nazwisko dodać), z którym mogę się różnić w kilku sprawach, ale którego rola w budowaniu reprezentacji i jej poniższych atutów w ostatnich latach jest niewątpliwa.

Po pierwsze, entuzjazm i pozytywna aura. W tej kadrze wszyscy chcą grać (dla mnie np. pozytywem jest duża liczba niezadowolonych, że ich w kadrze brak), dobrze w niej być, gra porządne sparingi, toczy solidne przygotowania, pomaga kontuzjowanym, rozwija umiejętności i ma sensowne zarządzanie ludźmi. Ewentualne sukcesy (jeszcze ich nie było) mogą jeszcze podciągnąć atmosferę, sprawiającą już teraz wrażenie dobrej. Świetnym przykładem tej cechy Taylora było traktowanie cierpiącego (sportowo!) Macieja Lampego w meczu w Estonii rok temu. Nie mógł trafić żadnego rzutu, ale Taylor - bez szkody dla wyniku - zostawił go na boisku, nie pozwolił się sfrustrować, doczekał pozytywnych akcji i dał znak zaufania wrażliwemu pod tym względem graczowi, pozwolił kolegom dać wsparcie. Nie ma chyba niczego lepszego, co mogłoby spotkać sportowca w trudnym momencie od trenera. To mała rzecz, wycineczek, ale mi ogromnie zaimponowało. W tym aspekcie reprezentacyjna gleba została dobrze nawieziona. A nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak było.

Po drugie, jest system, koncepcja, myślenie, koszykówka ludzi inteligentnych. Co więcej - żywa, bo Mike Taylor, dobrze przygotowany do pracy głównego trenera (bywał nim w klubie europejskim i amerykańskim, był asystentem w kadrze), wie dobrze, że w pracy trenera są dobre i złe pomysły. I ze złych się potrafi wycofywać, co ja uważam za znakomitą cechę dla szkoleniowca. Są tacy, co z tego robią zarzut. Kompletnie się nie zgadzam. W każdym razie, metodyczna praca szkoleniowa, wręcz nauczycielska, wprowadzenie zasad boiskowych, dostosowanie gry w ataku do potrzeb i umiejętności zawodników, dobrze poukładana obrona - uważam, że tutaj Mike Taylor jest szczególnie mocny. To wygrywało nam trudne mecze, z Niemcami, Rosją, Bośnią, Finlandią, Estonią, gdy wciąż nie mamy aż tak wielu koszykarzy z poziomów ligowych jak te kraje (poza Estonią). I nawet zdając sobie sprawę, że nie wygraliśmy pojedynczego spotkania ani z Hiszpanią, ani z Francją, mam wrażenie, oglądając mecz, że każdy z zawodników gra na swoim maksymalnym lub bliskim tego poziomie, a jako zespół wyglądamy lepiej niż wynik dodawania umiejętności zawodników. Ale tu też - nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak bywało.

Po trzecie, może mniej ważne, ale choćby Jacek Łączyński o tym mówił, więc warto: Mike Taylor jest pierwszym od lat trenerem kadry, który regularnie wchodzi w interakcje z innymi trenerami i ludźmi środowiska koszykarskiego. Od lojalnego i działającego wspólnie sztabu kadry zaczynając, po dwa już kolejne (rok po roku) sztaby kadry B współpracujące pod batutą Taylora, obecność na klinikach licencyjnych trenerów ligowych, odwiedziny w SMS PZKosz Cetniewo i inne tego typu akcje. Nie jest obecny w Polsce cały rok, ale kiedy jest, krąży po kraju, merytorycznie i otwarcie rozmawia o kadrze, taktyce, strategii, zarządzaniu personelem z ligowymi trenerami, zawodnikami, działaczami, dziennikarzami, każdym, kto o rozmowę poprosi. Nie zawsze robi to publicznie. W mediach pielęgnuje raczej wizerunek słonecznego Amerykanina z dobrym, często na wyrost, słowem dla każdego. Ale to nie publiczny wizerunek jest najważniejszy. Pod tym względem nie mam wątpliwości - nigdy w ostatnich trzech dekadach tak nie było.

Po czwarte, Mike Taylor moim zdaniem potwierdził przez trzy ostatnie lata, że był idealnym trenerem na tamten moment, traumy po 2013 roku. Głodny, wierzący, że podbije świat, przygotowany merytorycznie, po doświadczeniach z kadrą Czech, był nam potrzebny zamiast krajowych wynalazków ligowych, które gasły szybciej niż rozbłysły, lub „uznanych” trenerów ze średniej półki europejskiej, którzy po pracy w Polsce szli już raczej tylko w dół, niestety (Katzurin, Pipan, Bauermann). Na lepszych trenerów nas nie stać, a od Taylora - wystarczy zapytać zawodników - nadal można się sporo nauczyć. Zanim zatrudnimy lub wylansujemy następnego Obradovicia, Blatta czy Messinę, moim zdaniem świetnym pomysłem było zrobienie kroku w tył i poszukanie własnej drogi, a to zrobiliśmy z Taylorem. I tu też takiego pomysłu nigdy wcześniej, nie tylko w ostatnich trzech dekadach, w polskiej kadrze nie było.

Oczywiście, Mike Taylor ma swoje wady, jak każdy. Zaznaczam, że nie będę ich wymieniał, ale zdaję sobie sprawę z ich istnienia. To nie ma być laurka dla Taylora, wręcz odwrotnie - odparcie ataku na niego, który na TT był zawarty w jednym czy dwóch zdaniach, ale na przykład wylał się szerokim strumieniem z wywiadu Jacka Łączyńskiego dla sport.tvp.pl, z którym się maksymalnie nie zgadzam (i na tym poprzestanę). Dlatego - także z grzeczności! - o wadach Taylora tutaj nie będzie. Chodzi mi o to, że pozytywów jest sporo, a one wszystkie składają się w mojej głowie w to, że polską reprezentację koszykarzy widzę w 2017 roku jako zapowiadającą się na dobrze przygotowaną do walki o coś więcej niż dziewiąte miejsce w Europie.

-

To są moje oceny wynikające z opiniowania, przemyśleń w mojej dziupli. 2takty, Jacek Łączyński, Piotr Szybilski, Andrzej Jankowski, Michał Pałkowski, rzutosobisty, czy wreszcie sam Marcin Gortat i ktokolwiek inny mogą mieć zupełne inne spojrzenie. A nawet dobrze by było, gdyby to inne spojrzenie mieli - to oczywistość i żadna moja łaska! Weryfikację w faktach, a także więcej materiału do opinii i ocen, będziemy mieli podczas EuroBasketu 2017 w Finlandii i - oby! - Turcji, po czterech latach pracy Taylora. (Przy okazji - świadomie w całym tym tekście pomijam jakiekolwiek sparingi i mecze przygotowawcze - one mogą być tylko przyczynkiem do dywagacji przed imprezą główną w danym roku, po imprezie głównej tracą jakiekolwiek znaczenie). Pozytywne nadzieje mogą się zmienić na negatywną ocenę, jeśli nie wyjdziemy z grupy na EuroBaskecie 2017, albo nawet jeśli znów padniemy w 1/8 finału i nie wejdziemy do ćwierćfinału.

Ale znów - nie dajmy się zwariować i wepchnąć w tabelkę z excela z „planowaniem sportowym”. Ta reprezentacja Polski to nie klub z budżetem na mistrza! Ona ma nam dać przede wszystkim dumę z gry, wielkie emocje, coraz lepszych zawodników, poczucie wykorzystania wszystkich możliwych szans. Jeśli te cztery elementy zadziałają, wynik (konkretne miejsce) i popularność koszykówki powinny być skutkiem. Ale jak to w sporcie, jeden słupek czy poprzeczka, jedno potknięcie, jedna kontuzja i wszystko może się zmienić. Zawsze trzeba o tym pamiętać.

16:49, adrom72
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017
Spadki, dzikie karty, awanse, liczba drużyn - czy jest prowizorka w PLK?

Polskikosz.pl nieustannie inspiruje.

Teraz tekstem z 22 czerwca http://polskikosz.pl/polska-liga-permanentnej-prowizorki/ prowokuje do odpowiedzi i myślenia, a dodatkowo zainspirował dyskusję na Twitterze - pośrednio związanej - o dzikich kartach do PLK.

Uważam, że zarzuty wobec PZKosz (za PLK też? ok, jest głównym udziałowcem) w tej mierze postawione przez Polskikosz.pl są kompletnie chybione.

Byłem przy wielu ważnych decyzjach w sprawie liczebności lig, pracując w PLK w latach 2010-2013, więc mogę z pełną jasnością o tych faktach mówić.

W 2010 roku mieliśmy chyba najsłabszą PLK w historii, słabo oglądaną w bodaj 30 w sezonie transmisjach w TVP Sport. W finale z hegemonem z Gdyni zagrał Anwil Włocławek, którego najlepszym strzelcem był Nikola Jovanović, a dwaj kluczowi rezerwowi z USA byli tacy, że w wieku poniżej 30 lat od razu zakończyli koszykarskie kariery. Brąz wywalczyła Polpharma Starogard, której pierwszym rozgrywającym był Brody Angley, najlepszym zawodnikiem Tony Weeden, a kluczowymi zmiennikami Tomasz Ochońko i Piotr Dąbrowski. Z pełnym szacunkiem.

W lidze grały jeszcze zespoły z Sopotu, Zgorzelca, Koszalina, dwa z Warszawy, Słupska, Poznania, Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu i Inowrocławia. Warto tę listę przeczytać dwa razy. Bogatych tu nie było zbyt wielu.

Wtedy powstał pomysł, żeby wzmocnić kluby poprzez danie im „nieśmiertelności” na 3 lata, w zamian za pewne warunki ze strony PLK/PZKosz. M.in. większą liczbę Polaków, stawianie na frekwencję, większe hale, podwyższenie standardów, powrót meczów gwiazd i ciekawszego Pucharu Polski. Ubraliśmy to w nagrody, zniżki od wpisowego, poprawialiśmy z roku na rok ekspozycję w telewizji (liczba transmisji, oglądalności). Dwa takie cykle trzyletnie od 2011 roku do 2017 roku się odbyły.

W tym czasie - o czym zdaje się zapominać Polskikosz.pl - priorytetem było nie to, ile drużyn będzie w PLK, ale to, jak silne one będą. Przez te sześć lat zakładaliśmy, że trzeba wzmocnić istniejące i wciągnąć do góry obiecujące, bez względu na to, ile ich ma być. System rozgrywek się dopasuje do liczby mocnych drużyn. Dopóki nie przeładujemy ligi, poradzimy sobie, a koszykówka zyska nowe silne ośrodki. I to się stało.

Stąd też się wzięły różne liczby drużyn w rozgrywkach. Z tym, że co to za skoki, tak naprawdę… Polskikosz.pl cytuje ciąg liczb: 17, 17, 16, 12, 12, 13, 12, 14, 14, 13, 14 jako kolejne liczby drużyn w PLK w latach od 2017 w tył. Sprostowanie. Prawdziwy jest taki: 17, 17, 16, 12, 12, 14, 12, 14, 14, 13, 14, z czego wynika, że poza skokiem w 2014 roku (4 dzikie karty, z 12 na 16) w zasadzie nic się nie zmieniało decyzją PZKosz. Bo my w pozostałych latach po prostu traciliśmy drużyny i to te słabe. W 2010 roku padły Znicz Jarosław i Stal Stalowa Wola, rok później Polonia Warszawa, w 2012 roku Śląsk Wrocław (administrowany przez WKK), PGB Basket Poznań, AZS PW Warszawa i ŁKS Łódź, w 2013 Start Gdynia. Chętnych na ich miejsce nie było tylu, żeby dobić do 14. Wystarczy tę listę klubów przeczytać jeszcze raz i widać, że poza Śląskiem (inna historia), nie były to kluby pasujące do PLK, zwłaszcza budżetowo, często organizacyjnie. Mimo braku spadków - spadły.

Na marginesie, w obecnej (stan na koniec czerwca 2017) szesnastce klubów PLK - mimo mankamentów (hale w Radomiu, Ostrowie, frekwencja w Szczecinie) - trudno mi znaleźć środowisko, które bez żalu należałoby pożegnać z PLK. Bodaj najwięcej słabości miała swego czasu Polpharma Starogard, ale po powrocie prezesa Jarosława Poziemskiego ostatni sezon sportowo, organizacyjnie i entuzjastycznie był na Kociewiu jak najbardziej OK. Też byłoby ich żal. Więc kogo wyrzucać?

Wróćmy do wątku ostatnich siedmiu lat PLK. Moim zdaniem jedyny kontrowersyjny ruch to było w 2014 roku wciągnięcie do PLK czterech klubów poza awansującym Polfarmexem Kutno. Były to Polski Cukier Toruń, MKS Dąbrowa Górnicza, King Szczecin i Start Lublin. Celem było wzmocnienie słabej (diagnoza z 2010 roku) ligi i wciągnięcie do niej nowych, bogatych ośrodków, które są w stanie wygenerować milionowe budżety, dzięki samorządom, dzięki wielkim halom. One czekały wtedy w coraz bardziej nerwowej kolejce! Pamiętam spotkanie z klubami 1 Ligi Mężczyzn chyba w 2013 roku, gdzie rej wodziły kluby z Torunia, Lublina, Szczecina. Kłóciły się o system gry w 1 Lidze, o awans, na który oni i pięć innych klubów miały chęć, bo wszystkie ich miasta chciały dawać miliony na koszykówkę - ale tylko w ekstraklasie. Teraz wszyscy ci działacze to barwne postacie w PLK i słusznie.

Po trzech latach od tego przyznania dzikich kart - poza lublinianami, którzy też budżetowo nie odstają i ściągają na swoje mecze sporo widzów - mamy w tym gronie wicemistrza Polski i cztery starty w play-off, a cała czwórka ma budżety daleko wyższe niż minimalnie wymagane 2 mln zł, tysiące widzów na meczach i wielkie ambicje. Trzeba też doliczyć do tych wciąganych za uszy Rosę Radom, która nie wywalczyła awansu na boisku w 2012 roku. To też wicemistrz PLK i w pięć lat trzykrotny półfinalista. Co ciekawe, to właśnie sportowo awansujący wtedy Polfarmex Kutno miał ostatnio największe kłopoty z budżetem i utrzymaniem poziomu PLK.

Od 2012 roku do ligi dołączyły więc (awansem i zaproszeniem) - Rosa Radom, Śląsk Wrocław, Polfarmex Kutno, Polski Cukier Toruń, King Szczecin, Start Lublin, MKS Dąbrowa Górnicza, BM Slam Stal Ostrów, Miasto Szkła Krosno i obecnie Legia Warszawa. 10 klubów, z czego dwa się nie ostały, a w dwóch ostatnich play-off (2016 i 2017) grały zawsze po cztery z nich, czyli połowa!

Gdyby było „po bożemu” i bez rzekomej „prowizorki”, w latach 2013-2017 z tej dziesiątki awansować do PLK mogłoby maksymalnie pięć. W 2013 roku byłby to pewnie Śląsk, rok później może wreszcie Rosa (a może Kutno?), później - najwcześniej w 2015 - ewentualnie Toruń, w 2016 może Start i wreszcie teraz Legia. Wychodzi, że trzeba by się obejść na przykład bez MKS, Kinga i zapewne Stali Ostrów, a na pewno bez Krosna.

Czy to można nazwać prowizorką? Może i tak. Ale czy to wyszło na dobre PLK i całej polskiej koszykówce? Na sto procent tak.

Na ołtarzu korzyści dla polskiej koszykówki, wymiana Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu, Inowrocławia i słabej Polonii Warszawa na te osiem klubów, które obecnie są w szesnastozespołowej PLK - warto było nawet zapłacić za to jakimś tam chaosem w rozgrywkach przez te lata!

Ja nawet rozumiem złość autora na pogłoski o dołączeniu do PLK drużyny nr 17 z Gliwic (a przy okazji nr 18 z Kutna). Nie wiem, czy te pogłoski są prawdziwe. Na ten moment wiem, że PLK planowała - i to wiele razy głośno ogłaszała - od teraz na stałe (na lata!) z powodu okienek na mecze reprezentacji mieć 16 drużyn. PZKosz właśnie postanowił (ogłoszone w środę), że od teraz stale (na lata!) w 1 Lidze Mężczyzn będzie grało 16 drużyn, ale ponieważ w tym sezonie po spadkach z ekstraklasy prawo gry w 1LM ma 17 drużyn, przejściowo - dla równego rachunku - w sezonie 2017/2018 wystąpi 18 zespołów. Tylko na rok.

Model 16+16 na lata. Spadki i awanse stabilnie ułożone. Jasne zasady. To właśnie ustalono. To jest strategia PZKosz.

I w tym momencie właśnie tekst uderzający w PZKosz w tej sprawie?

No cóż…

01:25, adrom72
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31