RSS
sobota, 30 września 2017
Przedsezonowy ranking PLK 2017 w 17 akapitach

Miało być dłużej, ale obowiązki różnorakie sprawiają, że ranking będzie w wersji skróconej. Po jednym akapicie o każdym klubie. Dzisiaj zaczęliśmy granie w PLK od godz. 16, zapraszam na emocje.tv i oczywiście do Polsatu Sport i Polsatu Sport Extra.

I jeszcze jedno - nieco inna była kolejność tego mojego prywatnego rankingu we wtorek, kiedy rozmawiałem z http://www.pulsbasketu.pl/na-troje-babka-wrozyla-sytuacja-ekstra/ to miałem nieco inną kolejność na dole. Po namyśle i z nowymi danymi poprawiłem.

 

  1. Stelmet BC Zielona Góra

Kontynuacja i Boris Savović powinny dostarczyć kolejne mistrzostwo. Skład polski się trochę starzeje, więc w żadnym wypadku nie będzie to złoto łatwo wywalczone.

 

  1. Polski Cukier Toruń

To może być za chwilę drugi Stelmet, Toruń zaczyna żyć koszykówką. Podobają mi się wszystkie pomysły, poza brakiem gry w pucharach.

 

  1. Rosa Radom

Zgrany trzon składu z obiecującymi nowymi elementami. Uważam, że układ z Danielem Szymkiewiczem wypali, a pod koszem nie będzie dziury.

 

  1. Anwil Włocławek

Chciałbym, że Anwil miał znów medal i to środowisko miało się czym cieszyć, ale obawiam się trochę powtórki z poprzedniego sezonu. Też szkoda, że bez pucharów, więcej meczów pomogłoby wdrożyć pomysły.

 

  1. BM Slam Stal Ostrów Wlkp.

Dla mnie najsłabszy w tym momencie z piątki potentatów, co nie znaczy, że słaby i może być dużo wyżej. Ciekaw jestem Adama Łapety.

 

  1. Trefl Sopot

Jest mocniejszy zespół, wielu zawodników pozostało, a trener Marcin Kloziński szedł niezłą ścieżką do posady trenera ligowego. Muszą być minuty i postępy braci Kolendów.

 

  1. MKS Dabrowa Górnicza

Trener Jacek Winnicki nie zwykł grać o takie miejsce jak siódme, ale ciągle nie jestem przekonany, że skład i organizacja są na poziomie medalowym.

 

  1. King Szczecin

Kingowi potrzeba wyników, żeby zapełnić halę i stać się poważnym graczem na rynku ligowym, na co w tym mieście są wielkie szanse. Idzie to w dobrą stronę, ale są mocniejsi.

 

  1. Asseco Gdynia

Ulubieńcy wszystkich za koncepcję klubu, także moi, choć poza mną chyba mało kto spodziewa się wyników. Będzie to trudny sezon dla trenera Przemysława Frasunkiewicza, weryfikujący plany i marzenia.

 

  1. TBV Start Lublin

Znaczny skok jakościowy w składzie, kilku zawodników, jakich w Starcie w ostatnich latach nie było. O play-off będzie jednak trudno.

 

  1. Polpharma Starogard Gdański

Może to być podobny zespół, jak w poprzednim sezonie. Sztuka z poprzednich rozgrywek nie zawsze jednak w takim klubie się uda.

 

  1. AZS Koszalin

Podoba mi się pomysł na tę drużynę, pytanie tylko, czy zawodnicy zagraniczni będą mieli odpowiednią klasę. Bo że trener Dariusz Szczubiał da im piłkę, jest pewne i wcale nie jest to zły pomysł.

 

  1. GTK Gliwice

Miałem ich niżej, ale po namyśle uważam, że w nowym miejscu może to być „prawie Krosno” (z poprzedniego sezonu). Kilku ciekawych zawodników, nie tylko z zagranicy.

 

  1. Miasto Szkła Krosno

Zaufanie do własnych sił, zasłużone po dobrej połowie poprzedniego sezonu, będzie weryfikowane znów, podobnie jak to było od marca 2017. Wyglądają na słabszy zespół.

 

  1. PGE Turów Zgorzelec

Przedziwna mieszanka elementów z najwyższej półki (sponsor, hala, trener) z kompletnie nie pasującymi do Zgorzelca (ich nie nazwę). Im dłużej analizuję, tym słabszy mi się wydaje. Niech mi ktoś zaprzeczy, proszę!

 

  1. Energa Czarni Słupsk

Tak wyszło, choć sam w to nie wierzę. Ogromny test dla trenera Marka Łukomskiego, take dlatego, że skład na razie nie wygląda. Podobnie jak większość drużyn z miejsc 11-17 nawet play-off jednak mnie nie zdziwi przy odpowiednim rozwoju sytuacji.

 

  1. Legia Warszawa

Bardzo kibicuję projektowi mocnego klubu w Warszawie, ale brak nowych zawodników polskich (zrozumiały) i bardzo oszczędne podejście do obcokrajowców (być może konieczne) oraz trener-debiutant, to za dużo, żeby dać pierwszeństwo nad kimkolwiek. Na pewno będą zmiany w trakcie sezonu, choć absolutnie nie nawołuję np. do wymiany trenera.

 

19:28, adrom72
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017
O młodych na EuroBaskecie

Zbieram materiał do większego tekstu o EuroBaskecie i przy tej okazji zainteresowałem się tezą o młodych gwiazdach na EuroBaskecie.

Mieliśmy w grupie Markkanena (ur. 1997) i Doncicia (ur. 1999) - wybitnych zawodników, w przyszłości największe gwiazdy NBA, i przy ich występach padały sformułowania typu „u nich może grać 18-latek (20-latek), a u nas nawet w lidze nie grają”.

Fakt jest taki, że w polskim zespole najmłodsi byli trzej zawodnicy z rocznika 1993.

A jak to wygląda w 24 drużynach EuroBasketu 2017? To łącznie 24 x 12 = 288 zawodników w turnieju.

Z rocznika 1996 (21 lat) był jeden.

Z rocznika 1997 (20 lat) było dziewięciu.

Z rocznika 1998 (19 lat) nikt.

Z rocznika 1999 (18 lat) trzech.

Czyli łącznie tych naprawdę młodych na EuroBaskecie jest zaledwie 13.

Z tego gwiazdami są Markkanen (97, Finlandia), Doncić (99, Słowenia) i Korkmaz (97, Turcja).

Ważnymi zawodnikami: Papagiannis (97, Grecja) i Bender (97, Chorwacja).

Zmiennikami: Hlinason (97, Islandia), Cancar (97, Słowenia), Kuti i Nicolescu (obaj 97, Rumunia).

Prawie lub w ogóle nie grali: Bitadze (99, Gruzja), Radoncić (99, Czarnogóra), Cate (97, Rumunia) i Akodo (96, Wielka Brytania).

Żeby dopełnić obrazu: z rocznika 1994 było 10 zawodników, a z rocznika 1995 - 16.

Czyli łącznie 39 zawodników mających 23 lata lub mniej na 24 drużyny (średnio 1,6 na zespół). Czyli 13 procent ogółu zawodników - mniej więcej co ósmy.

Każdy wnioski może wyciągnąć sam, ale wygląda na to, że młode gwiazdy na EuroBaskecie to wyjątki. Nie jest to turniej emanujący młodością. :)

 

15:53, adrom72
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 września 2017
Krótko po Finlandii (EuroBasket 2017)

To miał być przełom, jak zapowiadałem na Twitterze. To był mecz emocjonujący, przy pełnej widowni, otwierający w przypadku wygranej drogę nawet może do drugiego miejsca w grupie. Wyszła porażka i we mnie coś pękło.

Od lat wierzę w koszykówkę, w naszych, w to, że mimo relatywnie średniego poziomu jesteśmy w stanie.

W niedzielę 3 września 2017 roku przestałem wierzyć.

Nie wzięliśmy tego, co dał nam świat.

Wygrana z Finami w okolicach 8 punktów sprawiałaby, że otworzylibyśmy sobie duże drzwi. Nawet przegrywając później niewysoko z Francją (i pokonując Grecję) mogliśmy zająć drugie miejsce w grupie. Grać wysoko, o stawkę i wreszcie dorwać ten ćwierćfinał.

Zawaliliśmy to.

Mimo że to 8 punktów do przodu było jeszcze na minutę przed końcem.

Wszystko co najważniejsze można zobaczyć tutaj.

Wersja tekstowa z wyszczególnionymi błędami:

Ostatnia minuta IV kwarty. +8 dla Polski.

Strata przy aucie (Waczyński) (STRATA 1), a po drugiej stronie błąd w obronie na zasłonie (zła współpraca Waczyński-Kulig) i trójka Salina. +5 dla Polski.

Błąd 5 sekund (Gielo) przy pasywnym zachowaniu Slaughtera, który nie chce piłki. (STRATA 2)

Dobra obrona! Kulig jednak po przechwycie (!) podaje w wyskoku z autu w ciemno w stronę własnego kosza (NIGDY!) (STRATA 3), a potem Gielo zamiast przykleić się do Markkanena robi krok do pomocy pod kosz do nikogo i fauluje wracając spóźniony do Fina przy trójce. 3/3 wolne. +2 dla Polski.

Mamy piłkę i timeout. Finowie faulują celowo. 12,9 sekundy. Koszarek wybija z autu. Finowie odcinają dwa pierwsze podania, nikt nie jest wolny, biegamy nerwowo, nie z sensem. Podanie w stronę Gielo w poprzek boiska, niebezpieczne, przechwycone (STRATA 4), wsad Markkanena, remis.

8,9 sekundy do końca. Akcja na Ponitkę, cały środek boiska dla niego. Nie jest jednak w stanie minąć 1x1 Huffa i robi błąd kroków (STRATA 5). Koniec IV kwarty.

Złe decyzje. Panika. Nerwy. Pięć strat w minutę i dwa błędy w obronie. Jak to w koszykówce bywa, gdyby nie było choćby jednej z pierwszych czterech wymienionych powyżej strat, wygralibyśmy ten mecz.

Ale przegraliśmy. W słabym stylu. Rozczarowując poderwanych już w pozytywnych emocjach kibiców. Nie zasługując na wygraną i przekreślając cały dobry mecz, który po wygranej stałby się legendą. A może nawet impulsem takim jak ten mecz piłkarzy ręcznych z legendarną bramką Artura Siódmiaka. Bo czułem, że dzisiaj nadchodzi przełom, a przebieg meczu (-15 w pierwszej połowie i wyjście na +9) przerósł nawet moje oczekiwania.

Wszystko trafił szlag.

O ocenę polskiej koszykówki i jej pozycję kłócimy się w wielu miejscach od lat. Zawsze byłem niepoprawnym optymistą. Ale ta sekwencja powyżej, mimo późniejszych szans w dogrywkach, mój optymizm zabija. Podobnie jak zabiło go swego czasu pokolenie graczy urodzonych w latach 70., masakrując koszykarski entuzjazm w Polsce porażkami w meczach o punkty z Węgrami, Białorusią, Austrią, Macedonią itp., kolejnymi przegranymi eliminacjami do EuroBasketów 1999, 2001 i 2003.

Nie umiemy grać dobrze w koszykówkę. Mimo że ten niedzielny mecz był znakomity (dla postronnego widza), zostanie na lata zapamiętany nie tylko w Finlandii, mimo że byliśmy przygotowani, skuteczni i graliśmy 39 minut fajnego basketu, nic to nie znaczy. Przykro mi. Nic.

Nie umiem w sobie znaleźć ochoty i powodów do „jechania” z trenerem Mike Taylorem czy z zawodnikami, którzy byli na boisku w Helsinkach. Pomysły i rotacje Taylora uważam za dobre. Kluczowa idea z przekazywaniem krycia przy zasłonach była dobra. Wcale nie jest „dziwna” czy „dla dziewcząt” - jak ktoś napisał. Tak gra często wiele klubów Euroligi, zapraszam jesienią do Polsatu Sport na kolejny sezon. Dało nam to dużo korzyści i świetny fragment obrony w czwartej kwarcie. Dobrze był pilnowany świetny Markkanen, brawo tu dla Tomasza Gielo, ale pracowało na całą obronę wielu. Czy koszykarzom należy się łomot? Wyglądali na dobrze zmotywowanych, skoncentrowanych, walczyli, wrócili mimo słabego początku do dobrej gry. Teraz na pewno czują się podle, bo choć dali z siebie wiele, nie wystarczyło. Nie winię ich. Nie byli wystarczająco dobrzy.

W tym meczu jednak po prostu musiało być zwycięstwo. Błędy ostatniej minuty, które doprowadziły do porażki, niestety wynikały ze słabości polskich koszykarzy i polskiej koszykówki. W której dużo jest do poprawy. W której pomysły na „oszukanie” rzeczywistości, w której na EuroBasket pojechaliśmy z 1 zawodnikiem z Euroligi i z 0 zawodników z NBA, licząc mimo to na sukces w starciach z drużynami z zawodnikami znacznie bardziej doświadczonymi (nawet u Finów: Markkanen - NBA, Koponen - Barcelona), okazały się niewystarczające. Nie warto więc się do tych pomysłów przywiązywać…

I tu postawię trzy kropki. Ten tekst miał być o wiele dłuższy. Jednak nie będzie, przynajmniej na razie. Polska mimo klęski z Finami może jeszcze pokonać Francuzów we wtorek i Greków w środę, wejść dalej, powygrywać w fazie pucharowej. Wszystko może się zmienić, jeśli chodzi o wyniki, póki piłka w grze, itp. itd. Ja w to już niestety nie wierzę, choć chciałbym się mylić. Ale z publikowaniem moich obecnych wniosków i przemyśleń nt. polskiej koszykówki i jej potrzeb, poczekam, aż się dla naszych ten EuroBasket skończy. Jeśli ktoś będzie ciekaw oczywiście, co tam sobie myślę… to zapraszam za kilka dni. Oby za kilkanaście.

A naszym koszykarzom i trenerom dziękuję za ten mecz. To jest sport. Było warto poświęcić czas i emocje. Powalczcie w następnych meczach.

 

03:35, adrom72
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 września 2017
Krótko po Islandii (EuroBasket 2017)

Dzisiaj polscy koszykarze rozgromili 91:61 punktami Islandię w drugim meczu EuroBasketu 2017 w Finlandii. Brawo.

Nie ma się nad tym meczem co więcej rozwodzić, bo celem było łatwe i wysokie zwycięstwo, co zostało wykonane. Na dodatek obyło się bez strat „w ludziach i sprzęcie”, a - co było numerem 1 w planie - Islandczykom nie pozwoliliśmy na rzucanie za trzy. Trafili w pierwszych trzech kwartach zaledwie 3 razy, rzucali też mało, wszystko świetnie. Lubię, jak po meczu w statystykach widzę to, o czym nasi trenerzy mówią przed meczem.

Niestety, z racji podróży pierwszej połowy nie oglądałem pierwszej połowy tego meczu. Skazany na opisy na twitterze poczułem się mocno zaniepokojony, bo wyczuwalna była atmosfera oczekiwania na kompromitację lub - nie wykluczam - po prostu nerwowej reakcji na słaby początek Polaków. Sprzed telewizora w drugiej połowie zobaczyłem już coś całkiem innego, ale może to moje szczęście. Powtórzę, dla mnie liczył się tego dnia jednak tylko wynik.

Wydaje mi się jednak, że przy naszym zespole, złożonym z ambitnych - w skali europejskiej - outsiderów (w znaczeniu amerykańskim, czyli będących poza głównym nurtem), momenty słabe, nudne, przykre, będą się powtarzać. Żeby coś zrobić w tym EuroBaskecie musimy być jak Grecja w piłkarskim Euro w Portugalii. Nudni, czasami nieporadni, ale świetni, gdy trzeba - nawet koślawo - strzelić jedyną bramkę w meczu. I wygrać.

Jutro (niedziela, od 18.50) moim zdaniem najważniejszy mecz. Nawet jeśli Finlandia w tym turnieju będzie goliła u siebie wszystkich - od Francji zaczęła, nie wiem jeszcze pisząc, co dzisiaj zrobi ze Słowenią - to właśnie ją musimy dopaść. Tu jest moment i szansa na zbudowanie czegoś wielkiego. Wobec kompletu widzów i przede wszystkim wobec siebie, przed ostatnimi dwoma meczami w Helsinkach we wtorek z Francją i w środę z Grecją. Wierzę w mądrość naszego trenera, jego sztabu i naszych zawodników, wierzę w ich doświadczenie z kilku turniejów i kwalifikacji. Usłyszałem w wywiadzie po meczu Mateusza Ponitkę, który mówił dokładnie o tym, że mecz z Finami to sprawdzian. To jest teraz moment prawdy dla naszego zespołu. Mimo że przeciwnik trudny, mający w składzie wielką gwiazdę najbliższych lat na poziomie NBA Lauriego Markkanena.

I niech to będzie brzydkie. Ale zwycięskie.

14:58, adrom72
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2017
Po meczu ze Słowenią

Krótko, ale dłużej niż byłoby na TT.

Zły wynik, zbyt słaba gra. Wiadomo było, że rywale będą mieli dwie gwiazdy Realu Madryt i lidera Miami Heat. Oni ten mecz wygrali dla Słowenii. Nie potrafiliśmy tego zniwelować, nie potrafiliśmy ich zatrzymać, trafiali najważniejsze rzuty.

Nadal jednak planem pozostaje według mojego prywatnego zdania wygranie 1 z 3 meczów z mocarzami (została Grecja i Francja) oraz obu z Islandią i Finlandią. Ten mecz mi pokazał, że te cele są do zrealizowania. Trzeba przede wszystkim opanować nerwy i pamiętać, z kim i gdzie gramy, bo mam wrażenie, że to właśnie powodowało fatalne decyzje przy podaniach i banalne straty. Bo strat „zwykłych” nie szkoda, ale takich wynikających z pozornej niedbałości jak najbardziej. „Pozornej”, bo gramy przeciwko wybitnym obrońcom i nie jesteśmy przygotowani, że podanie, które na innym poziomie dochodziło do celu, zostanie przechwycone. I tymi kilkoma decyzjami przegraliśmy.

Oczywiście to nie jest takie proste, ale tutaj są największe rezerwy.

Powrót do gry wyrównanej w obliczu kłopotów - na plus.

Mateusz Ponitka - na plus.

Walka i mentalność do końca - na plus.

Margines na porażki - już mały.

#DawajPolska! - Stać was.

 

15:10, adrom72
Link Dodaj komentarz »
Przyjemność z EuroBasketu 2017

Nie uda mi się znów być osobiście na EuroBaskecie, tym razem rozgrywanym - dla Polaków - w Finlandii i Turcji. Na boiska koszykarskie patrzę teraz z perspektywy siatkarskiego katowickiego Spodka, gdzie oglądam z bliska mecze EuroVolley. Ale koszykówka to koszykówka. Więc bez względu na to, co będzie się działo w Finlandii i - oby - Turcji, kilkoma myślami chciałem podzielić się jeszcze teraz - zanim pierwsza (koszykarska) piłka dzisiaj o 12.45 w Helsinkach pójdzie w górę.

Po pierwsze, chcę zaznaczyć, że wynik i styl gry kadry Polski na EuroBaskecie 2017 będzie skutkiem tego, co wokół reprezentacji się działo od 2013 roku (i częściowo wcześniej). Wysiłków organizacyjnych, koncepcji wyboru trenera, jego osobowości i jakości trenerskiej, sposobu budowania marki reprezentacji i dobrania sztabu wokół Mike’a Taylora. To wszystko było inne niż wcześniej, znacząco inne. Jeśli będzie dobrze, warto o tym pamiętać. Jeśli będzie źle, także.

Po drugie, nie ma zgody na zadowolenie tylko pod warunkiem walki o medale. Sorry, ale dla mnie to głupota. Ja uważam, że Polska w tym turnieju ma szansę zakręcić się wokół nawet półfinału, a ćwierćfinał uważam za bardzo realny. Ale w tym turnieju chce tego 20 zespołów na 24. Mamy w reprezentacji jednego zawodnika z Euroligi, który na dodatek jeszcze w niej nie gra, oraz żadnego w NBA. Mamy trenera, którego sukcesem klubowym jest siódme miejsce w lidze niemieckiej, a reprezentacyjnym miejsce 11. Nie da się tego porównać z połową uczestników EuroBasketu 2017.

Mam nadzieję, że będziemy grać 10 razy lepiej niż suma składników indywidualnych, ale to i tak może nie wystarczyć do wejścia do ósemki. I nie chodzi tu o żadne usprawiedliwianie czy pocieszanie. Taki jest po prostu obrazek. Chodzi o nieodbieranie radości z fajnej gry i emocji, które dostarcza polska drużyna. Celem jest posiadanie drużyny, która będzie miała fajnych (z premedytacją używam infantylizmu) zawodników, grała z pazurem i powalczy w każdym meczu. Z nastawieniem na taki zespół usiądę do meczów i takie każdemu polecam.

To co powyżej jest w kontrze do tez umieszczonych w tekście tutaj. To podejście Tomasza Sobiecha mi się gruntownie nie podoba i pisanie takich tekstów przed turniejem uważam za kompletną pomyłkę. Piszę to otwarcie, żeby uniknąć spekulacji i domysłów. Moim zdaniem ktoś, kto pisze w ten sposób, kompletnie rozmija się z tym, co myślą i czego oczekują kibice. I dodam jeszcze - nie rozumiem, jak ktoś, kto lubi podkreślać słabości polskiej koszykówki, widzi je wszędzie - od ligi i związku jako organizacji, poprzez kluby, jakość szkolenia i zawodników, po skład kadry i poziom trenera kadry - nagle oczekuje od Polaków, że „stać ich na wygrane”, „stać na realne sukcesy na boisku”, deklaruje „oczekujmy prawdziwych zwycięstw” i twierdzi, że „mamy od kogo wymagać”. Skąd to się wzięło?

Całość brzmi jak przygotowanie pod kolejne gromy w przyszłości, kiedy postawione odważnie cele nie zostaną spełnione. Albo zastraszenie tych, którzy ośmielą się być zadowoleni z fajnej gry Polaków mimo np. braku awansu do ćwierćfinału. Tezy są też tak dobrane, że dyskusja - którą podejmuję - jest pozornie skazana na niepowodzenie. No bo jak to? Teraz nagle usprawiedliwiam przyszłe porażki? NIE! Brak wyjścia z grupy i brak awansu do ćwierćfinału będzie porażką nie do usprawiedliwienia. Czy teraz twierdzę, że Polska nie ma silnej ekipy? NIE! Ma bardzo dobry zespół, najlepszy od 30 lat. Teraz tylko piszę, że pisanie „macie wygrywać, a jak nie to odmawiamy wam radości po porażkach” to bzdura. Kibic wyczuje dobry sport i sam zdecyduje, czy polubić ten team, czy nie, bez względu na wyniki i pisaninę po stronach i blogach.

Wystarczy jednak o tych, którzy szukają negatywów. Zawsze to będę powtarzał: reprezentacja Polski zaciekawiała mnie i fascynowała wtedy, kiedy sukcesem było pokonanie Węgier czy Słowacji, i nie przestanie teraz, kiedy moim zdaniem gra najlepiej od czasu, kiedy jako juniorek w 1988 roku w hali Spożywczaka w Toruniu zobaczyłem pierwszy raz na żywo kadrę Polski koszykarzy. Wtedy był to pogrom, jaki Polakom zafundowali w eliminacjach ME Francuzi. Potem były różne momenty, chwały i chały, ale nigdy - aż do dzisiaj - nie mieliśmy drużyny, która - jak w sparingach - będzie grała o zwycięstwo i jak równy z równym z najlepszymi, w każdym meczu. Elementy tego były dwa lata temu, a na potwierdzenie czekam w Finlandii i Turcji. Ta ekipa ma wypracowaną wielką pracą wysoką jakość (a nie: efektowne zrywy i szanse na fuksiarskie wygrane) i na potwierdzenie tego czekam. Bo to jest właśnie coś nowego - widzę w sparingach grę na tyle dobrą, że walczymy o wygraną z każdym. To nie jest przypadek. I to jest moje „po trzecie i najważniejsze”.

Dlatego czekam na emocje. Na fajne mecze ze Słowenią, Islandią, Finlandią, Francją i Grecją. Na podtrzymanie poziomu zarysowanego w sparingach. To jest najważniejsze. Bo właśnie to - a nie zaklęcia i rozliczenia - da wygrane. Może dwie, może trzy, może cztery w grupie i później w kolejnych rundach. Jak się nie uda, trudno. Jeśli będzie grane w dobrym stylu, nie zapłaczę.

Nie będę też patrzył na EuroBasket z myślą, że od niego zależy cała przyszłość polskiej koszykówki, sponsorzy, kibice, popularyzacja. Że musi być ćwierćfinał, bo inaczej wszystko jest do d... Nie chcę o tym czytać i tego słuchać. Takie myślenie zaburza normalność i przyjemność. Przyszłość przyjdzie i tak. Dobra czy zła. Zostawmy to, naprawdę. EuroBasket to przede wszystkim wielki basket, niewiadome i emocje. I to chcę zobaczyć w biało-czerwonych barwach już od dzisiaj!

 

01:49, adrom72
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 sierpnia 2017
Zmarł Adam Wójcik

To jest szokująca informacja. Nie da się jej skomentować… Nie da się o tym myśleć bez bólu. Może więc tylko skreślę tych kilka akapitów, żeby oddać hołd wybitnej postaci.

Od dłuższego czasu drogą prywatną (z zaznaczeniem, że ma pozostać prywatna, na wyraźne życzenie) docierały smutne wieści o zdrowiu Adama Wójcika walczącego ze śmiertelną chorobą. Wydawało się, że już wygrał, ale niestety niedawno doszło do nawrotu. Choroba zabrała nam absolutnie przedwcześnie człowieka wybitnego, którego nie da się zastąpić. Koszykarza znakomitego, którego wszyscy kochali i podziwiali. Wszyscy. To mówi o tym, kim był.

Pozostaną w pamięci jego akcje i jego wizerunek, jego sukcesy - 8 mistrzostw Polski, 14 medali MP, gra na 4 EuroBasketach, 149 meczów i 1821 punktów w kadrze, największa liczba występów ze wszystkich Polaków w Eurolidze… Miano króla ligowych strzelców, drugie miejsce w historii za Eugeniuszem Kijewskim w tych punktach, drugie w liczbie rozegranych meczów za Dariuszem Parzeńskim. Strona pzkosz.pl to wszystko wypisze, długa to lista.

Jakże tragiczne i niesprawiedliwe jest, że trzeba było to skompilować i opublikować. Miał tylko 47 lat.

Adama zobaczyłem z bliska - można powiedzieć, że poznałem nieco lepiej - w autobusie Mazowszanki Pruszków w latach 90., kiedy jako młody dziennikarz podróżowałem po całej Europie z tym zespołem, a on przez rok tam grał - zresztą znakomicie. Później wiele razy w tej relacji zawodnik - dziennikarz/komentator/działacz się spotykaliśmy w całej Polsce i Europie. Przecież w reprezentacji grał jeszcze osiem lat temu. Przecież w lidze grał jeszcze pięć lat temu… Próbowałem go ściągnąć do Czarnych Słupsk, kiedy tam pracowałem, ale wybrał wtedy Poznań… Przez jedno lato wspólnie komentowaliśmy też mecze kadry dla Polsatu Sport.

I jedno mi przychodzi do głowy w tej tragicznej chwili, kiedy moment temu dowiedziałem się o jego odejściu: Adam pod żadnym względem i w żadnym znaczeniu na boisku i poza nim NIGDY mnie nie zawiódł. Taki był.

Nie ma sensu pisać więcej…

Adamie, byłeś zawsze wzorem, idolem, inspiracją, zawodowcem! Dziękuję Ci za wszystko. Będziemy pamiętać! Odpoczywaj!

Krystyno, Janie, Szymonie - wyrazy wsparcia, choć wiem, że nic już nie zmieni niezmiennego... Trzymajcie się!

Żegnaj, Wielki Adamie!

12:06, adrom72
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 lipca 2017
Czy Taylor zawiódł?

No cóż. Odbyła się kolejna inspirująca dla mnie dyskusja na Twitterze, która tam jest skazana na niepowodzenie, bo trudno się wyrazić w 140 znakach, albo nawet w 280.

Więc trochę na ten temat tu. Długie pisanie. Strumień myśli na tematy, które w tej twitterowej szarpaninie zostały nadgryzione.

Cała dyskusja kręciła się wokół wypowiedzi znakomitego kiedyś zawodnika Piotra Szybilskiego, który stwierdził o Mike Taylorze, obecnym trenerze kadry koszykarzy:

To gość który zaprzepaścił najlepszy skład w ostatnich 3 dekadach. Nie zawiódł? Szkoda prądu.

Potem Piotr poprawił się, że mu o dwie dekady chodziło, czyli o okres od 1997 roku, kiedy polscy koszykarze zajęli siódme miejsce w Europie. On grał w tym zespole, znakomitym, niezapomnianym, który wypromował polską koszykówkę i dał wielką nadzieję, którą niestety później - w kolejnych latach - sam zgasił, przegrywając fatalnie eliminacje do kolejnych czterech EuroBasketów.

Piotrowi chodziło o zespół Taylora z EuroBasketu 2015 roku. Moim zdaniem najlepsze, złożone z zawodników z wyższych półek, były zespoły z 2009 i zwłaszcza z 2013 roku. Oba bardzo zawiodły, chyba co do tego nie ma wątpliwości. Ale OK, nawet przyjmijmy teoretycznie, że drużyna z Francji, w składzie Koszarek, Slaughter, Skibniewski, Ponitka, Waczyński, Zamojski, Gruszecki, Cel, Czyż, Kulig, Karnowski i Gortat to był najlepszy skład od 20 lat. I zastanówmy się, czy Taylor rzeczywiście zawiódł.

Dwa lata temu we wrześniu postanowiłem akurat na jakiś czas wziąć wolne od Twittera i wypowiadania się publicznie, więc nie wyrażałem opinii na temat tamtego turnieju. Teraz z dystansu mogę coś napisać. Tamten EuroBasket niestety był skazany na niepowodzenie z jednego podstawowego powodu. Był nim słaby system FIBA przewidujący po graniu w grupach „mecz o wszystko” w 1/8 finału zamiast drugiej fazy grupowej i losowanie, które skazało nas na grę w tym meczu o wszystko z drużynami grupy B. Czy zajęlibyśmy w swojej grupie pierwsze czy czwarte miejsce, wpadaliśmy na Serbię, Hiszpanię, Włochy, Turcję lub Niemców. Ci ostatni, z Dirkiem Nowitzkim w składzie, grając u siebie nie zdołali nawet wyjść z tamtej grupy. Mam wrażenie, że to było pięć z ośmiu najlepszych drużyn tego turnieju (trzy były ostatecznie w ósemce, a Turków wyeliminowała Francja).

Wpadliśmy z trzeciego miejsca na Hiszpanię, która była druga w tamtej grupie. Warto podkreślić, że na pozostałych drugich miejscach były Chorwacja, Łotwa i Izrael. Inny system, inne losowanie, mogłoby dać „mecz o wszystko” z nimi. Ale to głupie gdybanie. Dostaliśmy Hiszpanię i trzeba było ją pokonać, żeby przejść do historii i zdobyć serca kibiców.

Wracając do grupy. Oczywiście była wielka szansa na drugie miejsce i grę w Włochami w meczu o wszystko, ale przegraliśmy z Izraelem w grupie i przepadło.

I tu dochodzimy do tematu „czy trener zawiódł”. Oczywiście, przegrał trzy mecze. Dwa niewysoko grając w znakomitym momentami stylu z Hiszpanią i Francją (skończyły turniej na 1. i 3. miejscu) oraz po słabym meczu z wspomnianym Izraelem. I tu ja zauważam słabość Mike’a Taylora - co roku (prowadził kadrę w trzech sezonach) zdarza się jego drużynie JEDEN niewytłumaczalnie słaby mecz, zupełnie inny niż wszystkie, który sromotnie przegrywamy, grając na dodatek tragicznie. W 2014 roku to była porażka w Austrii, w 2015 roku ten nieszczęsny Izrael, a w 2016 roku przegrana w Toruniu z Białorusią. To jest niedobre, to musi się zmienić. Fajnie, że po takim spotkaniu następne jest zawsze świetne - z Niemcami na wyjeździe w 2014, z Finlandią w 2015 i z Estonią na wyjeździe w 2016, ale to nie wystarczy. Powtórka tej akcji w 2017 będzie nie do przebaczenia, bo jest już doświadczenie z tego typu wpadek.

Jednak to jest sport! Czy to nie jest tak, że rzadko udaje się zagrać sześć czy siedem meczów w krótkim czasie na równym, bliskim maksymalnego potencjału, poziomie? Przykładów na to w koszykówce i innych sportach nie brakuje. Pozostałe pięć meczów w 2015 roku było dobrych. Wygraliśmy z Rosją, Bośnią i Finlandią. Ja byłem dumny z tego zespołu, z tego jak grał, jakie były pomysły, że wszyscy niemal zawodnicy (więcej o tym niżej) zagrali swojego maksa życiowego lub byli tego blisko. 11. miejsca w Europie nie odebrałem jako klęski, zawodu czy porażki nawet. To w końcu praktycznie to samo co w 2009 (dziewiąte miejsce) i o kroczek za słynną drużyną z 1997 roku (siódme). Powiedziałbym, że gdzieś tam między siódmym a 12. miejscem w Europie na ten moment powinniśmy z naszą reprezentację być, żeby zaatakować wyższe w drugim etapie. Ten etap jest teraz, kiedy nasi polscy koszykarze indywidualnie są w coraz lepszych klubach i grają na coraz lepszym poziomie (Waczyński, Ponitka, Kulig, Karnowski, ale także Cel, Slaughter i inni).

-

Jeśli mówimy o tym, kto zawiódł, to dla mnie wielkim zawodem tamtego turnieju był Marcin Gortat.

I tu ważne wtrącenie.

Marcin Gortat jest dla mnie tam, gdzie wielcy herosi polskiego sportu ostatnich lat: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica, Adam Małysz, Robert Lewandowski. Jeden z pięciu największych. Niestety, jakoś tak się stało, że nie „zgrupował się” w drużynę narodową, która jak siatkarze czy piłkarze ręczni - przy których trudno wymienić jednego herosa (Zagumny? Kurek? Wlazły? Bielecki? Szmal? Siódmiak?) - porwali wszystkich Polaków. Nie stał się liderem reprezentacji, która wygrała cokolwiek. Sam na pewno jest zły z tego powodu.

Jednak nie zmienia to faktu, że to jeden z nielicznych WIELKICH i kiedy on mówi coś o reprezentacji Polski, kiedy mówi coś o PZKosz, kiedy uważa, że Adam Romański się kompromituje na Twitterze, a nawet gdyby powiedział, że Ziemia jest płaska i wsparta na czterech żółwiach w wojskowych mundurach, to ponieważ mówi to MARCIN GORTAT, należy to dogłębnie przemyśleć, rozważyć i mocno wziąć do siebie. Mówię o tym całkowicie poważnie. On jest jednym z wielkich tego świata i sam na to zapracował. Ja tymczasem mogę ze swojej małej dziupelki w prowincjonalnym lesie, w siedemnastym drzewie za piętnastym krzaczkiem i ósmą ścieżką, pisnąć cichutko to co poniżej.

A mianowicie to, że jedynym zawodnikiem, który we Francji w 2017 roku zagrał poniżej swoich możliwości, był Marcin Gortat właśnie. Nie był ani świetną częścią drużyny, ani indywidualnością, która pociągnęła innych. Czysto koszykarsko - co zresztą sam przyznał - nie pasowało mu europejskie granie wysokich graczy wyciągających centra spod kosza. Tłumaczenie, że winna czyjejś słabej gry jest europejska koszykówka, można wyśmiać - zresztą mam wrażenie, że zrobili to w „Uchu Prezesa” w skeczu z Antonim („to warunki jazdy nie dostosowały się do naszej prędkości”). Jednak trzeba zaznaczyć, że 11,3 punktu, 47 procent z gry, 6,3 zbiórki i 0,5 bloku na mecz Marcina Gortata w tym turnieju oraz występy centrów rywala Andrii Stipanovicia (20 punktów), Andrieja Zubkowa (21 punktów), D’ora Fischera (15 punktów) i Paua Gasola (30 punktów, 6/7 za trzy), nie zadowoliły nikogo, z pewnością także nie samego środkowego Washington Wizards.

I uwaga! Przytaczam to wszystko głównie dlatego, żeby pozbawić mocy argument „Taylor zawiódł”. Bo oczywiście, pryncypialnie większość albo całość „winy” (cudzysłów nieprzypadkowy, bo to nie termin na sport) za taką grę Marcina Gortata można przypisać trenerowi. Można byłoby powiedzieć, że nie znalazł dla niego roli. Że nie dał zadań odpowiednich do jego zdolności. Że źle nakreślił taktykę. Że nie potrafił się z Marcinem porozumieć, żeby to zadziałało. Każdy, kto widział te mecze w 2015 roku, może sobie odpowiedzieć, czy tak naprawdę było. Każdy też może sobie odpowiedzieć, czy to była „wina” Gortata.

Moim zdaniem to bzdura w obu przypadkach. Faktem jest, że nasz świetny koszykarz Marcin Gortat zagrał średni turniej. Ja go za to - nawet gdybym mógł ze swojej małej dziupelki - nie winię, nie krytykuję, nie piętnuję. Nie zgodzę się na stwierdzenie, że zawiódł.

Ale trenera to też dotyczy.

Rozmawiamy tu o odczuciach czy uczuciach, bo takim jest „trener zawiódł”. Więc na koniec wątku MG13 największymi literami napiszę co mi leży na sercu. Jako dla kibica koszykówki jest dla mnie w najwyższym stopniu smutne, że NAJWYBITNIEJSZY KOSZYKARZ W HISTORII POLSKI (co do tego nie mam wątpliwości) zakończył grę w reprezentacji na udziale w sześciu akcjach (na 12 możliwych w tym czasie): grał w dwóch tragicznych, przegranych eliminacjach, w jednych udanych kwalifikacjach, a także tylko na trzech EuroBasketach i ma na nich bilans meczów 6-11.

I nie ma w tym stwierdzeniu żadnych pretensji do nikogo, w tym zwłaszcza do Marcina, żadnego żalu, złośliwości, chęci szukania winnych. Jest to po prostu stwierdzenie. To jest do niczego. Strasznie źle, że tak jest.

-

Wracając do EuroBasketu 2015. Uczciwie trzeba dołożyć do tego rozumowania Łukasza Koszarka, który miał w 2015 roku niestety słaby turniej, walcząc cały czas z bolesną kontuzją. Ja mam ogromny szacunek do Łukasza, do jego przywiązania do kadry i do jego osiągnięć w pozostałych meczach o punkty, więc wrzucam go za ten turniej do pudełka z napisem „jedyny słabszy moment w kadrze”. Miał do niego prawo. W 2016 pokazał, że nadal w kadrze jest mocny.

Natomiast pozostali: Slaughter, Zamojski, Ponitka, Waczyński, Cel, Kulig, Karnowski oraz mało grający Czyż, Gruszecki, Skibniewski - wszystkich ich zapamiętałem z tego turnieju grających na dobrym lub świetnym poziomie. Niektórzy zagrali turniej życia. Gdy było coraz trudniej - Finlandia, Hiszpania! - dali radę.

Czy to negujemy?

Jeśli nie, to jest w tym chyba zasługa Mike’a Taylora.

-

Kolejny wątek. Dyskusja przeniosła się też w rejony, czy należy stawiać konkretne cele (np. miejsca) i rozliczać z nich po zawodach w sporcie. Trochę o tym. Cele i rozliczanie jako takie oczywiście tak. Najlepiej w formie: „trzeba wygrać każdy mecz i zająć jak najwyższe miejsce”. Ale - to jest oczywiście moje zdanie - żyjemy w czasach, w których sport zaczyna się postrzegać jak tabelkę excela w firmie sprzedającej żarówki. Przychody, rozchody, zyski, straty, bilans. Nie można tak!

Piłkarze i Adam Nawałka nie stali się gorsi od tego, że na zakończenie świetnego turnieju Euro 2016 przegrali po karnych z Portugalią. (To zresztą dobry odnośnik do EuroBasketu 2015, gdzie też pokonał nas przyszły mistrz po dobrym meczu). Siatkarze i Stephane Antiga nie byli słabi i do rozliczenia dlatego, że po 10 wygranych z rzędu przegrali mecz z Włochami w ostatnim dniu Pucharu Świata 2015, przez co różnicą setów zajęli dopiero trzecie miejsce i nie awansowali z tego turnieju na igrzyska olimpijskie. Przykładów może być więcej, także w sportach wymiernych i indywidualnych, gdzie można się poprawić, być w świetnej formie, a nagle pojawi się trzech świeżych Chińczyków i medalu nie będzie.

Myślałem o tym i ewentualnie mogę się zgodzić na cele konkretne i rozliczanie w ligach. Tam jednak jest inna sytuacja. Każdy gra z każdym dwa razy. Nie ma grup, losowań, rozstawień. Jeśli w play-off na kogoś wpadamy, to był to zespół, którego miejsce wyznaczyły tylko wyniki na boisku. Znamy budżety i możliwości wszystkich rywali i swój, więc możemy przed sezonem powiedzieć: „Trenerze (prezesie)! Robicie co najmniej piąte miejsce albo was nie ma!”.

W reprezentacji tak się nie da. Bo nie ma budżetu i nie da się kupić zespołu. Bo rozgrywki są niesprawiedliwe (grupy, koszyki, losowania). Bo nigdy nie wiadomo (w większym stopniu niż w lidze) co będą mieli rywale. Bo dochodzą emocje związane z dumą narodową. Bo buduje się latami i czerpie z pracy poprzedników w większym stopniu niż w klubie. I tak dalej.

Każde tego typu żądanie postawienia konkretnego celu (np. Taylorowi na EuroBasket 2017 - np. co najmniej ósme miejsce) i późniejszego twardego rozliczenia uważam po pierwsze za minimalizm (bo co się dzieje z motywacją i otoczką, kiedy już będziemy w ósemce?). Po drugie, za podstęp wobec decydentów czy trenerów ze strony kogoś, kto chce usunięcia tych osób „bo nie wypełnili celu”. Bo jaki inny może być cel stawiania takich konkretnych zadań w sporcie reprezentacyjnym?

Przecież tu trzeba być mądrym, ocenić po turnieju pracę w sensie podjętych decyzji, wybranych strategii i taktyk, poprowadzonych meczów i podjąć na tej podstawie decyzję. Przecież to się robi w PZKosz. A wynik nie jest do zaprogramowania.

Przecież ideałem jest w przypadku reprezentacji powiedzmy 10-letnia praca dobrego trenera, który zdobędzie - bo ja wiem - dwa, trzy medale, ale też dwa, trzy razy będzie piąty, szósty, a raz nawet dziesiąty. Czy kontynuacja i stabilizacja nie są warte, żeby czasami przetrwać porażkę? Zwłaszcza w koszykówce, gdzie konkurencja jest tak ogromna, gdzie państwa o potencjale Polski też czekają na medale latami albo po jednym-dwóch seria im się kończy.

Oczywiście rozliczenie za turniej/akcję, presja na trenera i zawodników, wytworzenie „kultury wygrywania”, wykluczenie możliwości lekceważenia czegokolwiek czy podejścia typu „gramy żeby grać” - to wszystko musi być!

Przekładając to na Mike’a Taylora: po wygranych dwóch kwalifikacjach z łącznym bilansem 10-2 (pierwsze miejsca w grupie) oraz po EuroBaskecie 2015 z bilansem 3-3 i porażką w play-off z późniejszym mistrzem, nawet największym krytykom wypadałoby siedzieć cicho i rzeczywiście czekać na jakąś wpadkę czy niepowodzenie. Dla mnie poważnej wpadki ani niepowodzenia jeszcze nie było. A kontynuacja i stabilizacja dają nadzieję, że będzie większy postęp niż przy jakichś kolejnych zmianach.

-

Otwieram kolejny wątek. Przy okazji dyskusji o Taylorze rozwinęła się rozmowa, co jest „szałem” dla trenera kadry, skoro przy tym trenerze w kadrze - jak twierdzą niektórzy - „szału do tej pory nie było”. Inaczej mówiąc, tak to odebrałem, co w ostatnich latach było sukcesem dla polskiej reprezentacji. Odpowiadał użytkownik 2takty i mnie zdziwił, bo myślałem, że cofniemy się co najmniej do 1997 roku, a padło, że w 2009 roku wygraliśmy mecz z Litwą, a w 2011 roku mecz z Turcją.

Dla mnie to dziwne. Bo to oczywiście świetne wyniki. Ale jednak tylko pojedyncze mecze.

W obu tych turniejach - pomijam już fakt, w jakich składach grały wtedy Litwa i Turcja - były to nasze ostatnie zwycięstwa. Ich siła rażenia została zmarnowana przez brak kolejnych wygranych, czyli w 2009 przez porażki z Turcją, Słowenią, Serbią i Hiszpanią, a dwa lata później z Wielką Brytanią, po której wypadliśmy z gry. Więc do mnie to nie przemawia. Wolę drużynę, którą - takie mam wrażenie - mamy teraz, z Taylorem, która ma na tyle dobry skład i cechy dodatkowe (o tym niżej), że z każdym może powalczyć, nie tylko w pojedynczym meczu. Owszem, pojedynczego meczu z Wielkim jeszcze nie wygrała, ale miała tylko dwie szanse, z Francją i Hiszpanią w 2015 roku. W obu pokazała świetny basket i grała o wygraną, z Francją do końca, z Hiszpanią do 30. minuty mimo popisów Gasola.

Dla mnie szał był, ale niepełny, tylko raz za mojego świadomego koszykarskiego życia (od 1986 roku). Za Eugeniusza Kijewskiego na EuroBaskecie w 1997 roku, od którego zacząłem te wywody. Wygraliśmy z Łotwą, ale później też z Niemcami, Chorwacją i Turcją. Styl? Jakość gry? Taktyka? Wykorzystanie potencjału graczy? Niech każdy oceni sam, można na youtube znaleźć film z całym meczem ćwierćfinałowym z Grecją, na którym moim zdaniem widać wszystko. Ale przestrzegam, tak jak przy Marcinie Gortacie, nie ma żadnego sensu krytykować czy mieć jakieś uwagi np. do Macieja Zielińskiego, że w tym meczu miał pięć strat, trafił 3/13 z gry czy podejmował słabe decyzje. Taka opinia byłaby absurdalna, niesportowa i absolutnie poważnie odmawiam ewentualnej dyskusji na tym poziomie. Tylko szacunek!

Co do drużyny z 1997 roku też zastrzeżenie. Drużyna, która wygrała tyle meczów, dostała lanie od Jugosławii (-28), Hiszpanii (-43) i Litwy (-21), a także wyraźnie przegrała z Włochami i Grecją. Wtedy byliśmy moim zdaniem w takim punkcie, że w 1999 roku mogło być lepiej. Że już niektórych meczów nie trzeba by było odpuszczać, a w niektórych meczach do entuzjazmu, świetnego biegania, atletyzmu i rzucania za trzy można było dołożyć dużo więcej. Niestety, do kolejnego EuroBasketu nie awansowaliśmy i wszystko się rozpadło.

Ale właśnie na tych obserwacjach buduję swój optymizm na 2017. Obecna grupa ludzi już poniosła porażkę (choćby w 2013), która jest konieczna przy prawdziwym postępie, jest długo razem, zobaczyła, jak jest blisko czegoś wielkiego, i w moim przekonaniu trzech meczów w wymiarze „minus 20 lub więcej” nie przegra na jednym turnieju, z kimkolwiek by nie grała. A ma szansę wygrać ich więcej niż cztery z dziewięciu, jak to było z kadrą z 1997 roku.

-

Wracając do oceny hasła „trener zawiódł”. Jest oczywiste, że to wszystko można oceniać zupełnie inaczej z perspektywy potrzeb polskiej koszykówki. Tu spojrzenie wręcz musi być całkiem inne. Kiedy siatkarze kończą mistrzostwa Europy poza ósemką (dwa razy na pięć turniejów w ostatnich 10 latach) czy piłkarze ręczni w mistrzostwach świata są na 17. miejscu (tegoroczny turniej) jest słabo, kibice psioczą, ale siatkówka i piłka ręczna nie znikają z oka publiczności. Koszykówka jest w tym miejscu, że MUSI zrobić medal w mistrzostwach Europy lub przynajmniej o niego walczyć, wystąpić w decydującym turnieju o igrzyska lub w mistrzostwach świata, żeby pomarzyć o wejściu w zasięg wzroku kibiców. Podkreślam, to niczego nie zagwarantuje, ale może pomóc. I w tej kategorii można każdego trenera prowadzącego Polskę na EuroBasketach określić mianem „zawód”, bo żaden z nich nie stał się Lozano czy Wentą koszykówki - nie wyniósł polskiej koszykówki reprezentacyjnej tam, gdzie jej miejsce, czyli - jak wszędzie - na drugim miejscu za piłką nożną.

Ale nie mylmy zawodu z tego powodu, że koszykówka nie jest popularna, z zawodem wynikającym z gry i wyników kadry koszykarzy.

-

W tym momencie w paru akapitach o tym, za co cenię obecną reprezentację, a tym samym Mike’a Taylora, a w tle także Marcina Widomskiego (uważam za uczciwe, żeby to nazwisko dodać), z którym mogę się różnić w kilku sprawach, ale którego rola w budowaniu reprezentacji i jej poniższych atutów w ostatnich latach jest niewątpliwa.

Po pierwsze, entuzjazm i pozytywna aura. W tej kadrze wszyscy chcą grać (dla mnie np. pozytywem jest duża liczba niezadowolonych, że ich w kadrze brak), dobrze w niej być, gra porządne sparingi, toczy solidne przygotowania, pomaga kontuzjowanym, rozwija umiejętności i ma sensowne zarządzanie ludźmi. Ewentualne sukcesy (jeszcze ich nie było) mogą jeszcze podciągnąć atmosferę, sprawiającą już teraz wrażenie dobrej. Świetnym przykładem tej cechy Taylora było traktowanie cierpiącego (sportowo!) Macieja Lampego w meczu w Estonii rok temu. Nie mógł trafić żadnego rzutu, ale Taylor - bez szkody dla wyniku - zostawił go na boisku, nie pozwolił się sfrustrować, doczekał pozytywnych akcji i dał znak zaufania wrażliwemu pod tym względem graczowi, pozwolił kolegom dać wsparcie. Nie ma chyba niczego lepszego, co mogłoby spotkać sportowca w trudnym momencie od trenera. To mała rzecz, wycineczek, ale mi ogromnie zaimponowało. W tym aspekcie reprezentacyjna gleba została dobrze nawieziona. A nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak było.

Po drugie, jest system, koncepcja, myślenie, koszykówka ludzi inteligentnych. Co więcej - żywa, bo Mike Taylor, dobrze przygotowany do pracy głównego trenera (bywał nim w klubie europejskim i amerykańskim, był asystentem w kadrze), wie dobrze, że w pracy trenera są dobre i złe pomysły. I ze złych się potrafi wycofywać, co ja uważam za znakomitą cechę dla szkoleniowca. Są tacy, co z tego robią zarzut. Kompletnie się nie zgadzam. W każdym razie, metodyczna praca szkoleniowa, wręcz nauczycielska, wprowadzenie zasad boiskowych, dostosowanie gry w ataku do potrzeb i umiejętności zawodników, dobrze poukładana obrona - uważam, że tutaj Mike Taylor jest szczególnie mocny. To wygrywało nam trudne mecze, z Niemcami, Rosją, Bośnią, Finlandią, Estonią, gdy wciąż nie mamy aż tak wielu koszykarzy z poziomów ligowych jak te kraje (poza Estonią). I nawet zdając sobie sprawę, że nie wygraliśmy pojedynczego spotkania ani z Hiszpanią, ani z Francją, mam wrażenie, oglądając mecz, że każdy z zawodników gra na swoim maksymalnym lub bliskim tego poziomie, a jako zespół wyglądamy lepiej niż wynik dodawania umiejętności zawodników. Ale tu też - nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak bywało.

Po trzecie, może mniej ważne, ale choćby Jacek Łączyński o tym mówił, więc warto: Mike Taylor jest pierwszym od lat trenerem kadry, który regularnie wchodzi w interakcje z innymi trenerami i ludźmi środowiska koszykarskiego. Od lojalnego i działającego wspólnie sztabu kadry zaczynając, po dwa już kolejne (rok po roku) sztaby kadry B współpracujące pod batutą Taylora, obecność na klinikach licencyjnych trenerów ligowych, odwiedziny w SMS PZKosz Cetniewo i inne tego typu akcje. Nie jest obecny w Polsce cały rok, ale kiedy jest, krąży po kraju, merytorycznie i otwarcie rozmawia o kadrze, taktyce, strategii, zarządzaniu personelem z ligowymi trenerami, zawodnikami, działaczami, dziennikarzami, każdym, kto o rozmowę poprosi. Nie zawsze robi to publicznie. W mediach pielęgnuje raczej wizerunek słonecznego Amerykanina z dobrym, często na wyrost, słowem dla każdego. Ale to nie publiczny wizerunek jest najważniejszy. Pod tym względem nie mam wątpliwości - nigdy w ostatnich trzech dekadach tak nie było.

Po czwarte, Mike Taylor moim zdaniem potwierdził przez trzy ostatnie lata, że był idealnym trenerem na tamten moment, traumy po 2013 roku. Głodny, wierzący, że podbije świat, przygotowany merytorycznie, po doświadczeniach z kadrą Czech, był nam potrzebny zamiast krajowych wynalazków ligowych, które gasły szybciej niż rozbłysły, lub „uznanych” trenerów ze średniej półki europejskiej, którzy po pracy w Polsce szli już raczej tylko w dół, niestety (Katzurin, Pipan, Bauermann). Na lepszych trenerów nas nie stać, a od Taylora - wystarczy zapytać zawodników - nadal można się sporo nauczyć. Zanim zatrudnimy lub wylansujemy następnego Obradovicia, Blatta czy Messinę, moim zdaniem świetnym pomysłem było zrobienie kroku w tył i poszukanie własnej drogi, a to zrobiliśmy z Taylorem. I tu też takiego pomysłu nigdy wcześniej, nie tylko w ostatnich trzech dekadach, w polskiej kadrze nie było.

Oczywiście, Mike Taylor ma swoje wady, jak każdy. Zaznaczam, że nie będę ich wymieniał, ale zdaję sobie sprawę z ich istnienia. To nie ma być laurka dla Taylora, wręcz odwrotnie - odparcie ataku na niego, który na TT był zawarty w jednym czy dwóch zdaniach, ale na przykład wylał się szerokim strumieniem z wywiadu Jacka Łączyńskiego dla sport.tvp.pl, z którym się maksymalnie nie zgadzam (i na tym poprzestanę). Dlatego - także z grzeczności! - o wadach Taylora tutaj nie będzie. Chodzi mi o to, że pozytywów jest sporo, a one wszystkie składają się w mojej głowie w to, że polską reprezentację koszykarzy widzę w 2017 roku jako zapowiadającą się na dobrze przygotowaną do walki o coś więcej niż dziewiąte miejsce w Europie.

-

To są moje oceny wynikające z opiniowania, przemyśleń w mojej dziupli. 2takty, Jacek Łączyński, Piotr Szybilski, Andrzej Jankowski, Michał Pałkowski, rzutosobisty, czy wreszcie sam Marcin Gortat i ktokolwiek inny mogą mieć zupełne inne spojrzenie. A nawet dobrze by było, gdyby to inne spojrzenie mieli - to oczywistość i żadna moja łaska! Weryfikację w faktach, a także więcej materiału do opinii i ocen, będziemy mieli podczas EuroBasketu 2017 w Finlandii i - oby! - Turcji, po czterech latach pracy Taylora. (Przy okazji - świadomie w całym tym tekście pomijam jakiekolwiek sparingi i mecze przygotowawcze - one mogą być tylko przyczynkiem do dywagacji przed imprezą główną w danym roku, po imprezie głównej tracą jakiekolwiek znaczenie). Pozytywne nadzieje mogą się zmienić na negatywną ocenę, jeśli nie wyjdziemy z grupy na EuroBaskecie 2017, albo nawet jeśli znów padniemy w 1/8 finału i nie wejdziemy do ćwierćfinału.

Ale znów - nie dajmy się zwariować i wepchnąć w tabelkę z excela z „planowaniem sportowym”. Ta reprezentacja Polski to nie klub z budżetem na mistrza! Ona ma nam dać przede wszystkim dumę z gry, wielkie emocje, coraz lepszych zawodników, poczucie wykorzystania wszystkich możliwych szans. Jeśli te cztery elementy zadziałają, wynik (konkretne miejsce) i popularność koszykówki powinny być skutkiem. Ale jak to w sporcie, jeden słupek czy poprzeczka, jedno potknięcie, jedna kontuzja i wszystko może się zmienić. Zawsze trzeba o tym pamiętać.

16:49, adrom72
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017
Spadki, dzikie karty, awanse, liczba drużyn - czy jest prowizorka w PLK?

Polskikosz.pl nieustannie inspiruje.

Teraz tekstem z 22 czerwca http://polskikosz.pl/polska-liga-permanentnej-prowizorki/ prowokuje do odpowiedzi i myślenia, a dodatkowo zainspirował dyskusję na Twitterze - pośrednio związanej - o dzikich kartach do PLK.

Uważam, że zarzuty wobec PZKosz (za PLK też? ok, jest głównym udziałowcem) w tej mierze postawione przez Polskikosz.pl są kompletnie chybione.

Byłem przy wielu ważnych decyzjach w sprawie liczebności lig, pracując w PLK w latach 2010-2013, więc mogę z pełną jasnością o tych faktach mówić.

W 2010 roku mieliśmy chyba najsłabszą PLK w historii, słabo oglądaną w bodaj 30 w sezonie transmisjach w TVP Sport. W finale z hegemonem z Gdyni zagrał Anwil Włocławek, którego najlepszym strzelcem był Nikola Jovanović, a dwaj kluczowi rezerwowi z USA byli tacy, że w wieku poniżej 30 lat od razu zakończyli koszykarskie kariery. Brąz wywalczyła Polpharma Starogard, której pierwszym rozgrywającym był Brody Angley, najlepszym zawodnikiem Tony Weeden, a kluczowymi zmiennikami Tomasz Ochońko i Piotr Dąbrowski. Z pełnym szacunkiem.

W lidze grały jeszcze zespoły z Sopotu, Zgorzelca, Koszalina, dwa z Warszawy, Słupska, Poznania, Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu i Inowrocławia. Warto tę listę przeczytać dwa razy. Bogatych tu nie było zbyt wielu.

Wtedy powstał pomysł, żeby wzmocnić kluby poprzez danie im „nieśmiertelności” na 3 lata, w zamian za pewne warunki ze strony PLK/PZKosz. M.in. większą liczbę Polaków, stawianie na frekwencję, większe hale, podwyższenie standardów, powrót meczów gwiazd i ciekawszego Pucharu Polski. Ubraliśmy to w nagrody, zniżki od wpisowego, poprawialiśmy z roku na rok ekspozycję w telewizji (liczba transmisji, oglądalności). Dwa takie cykle trzyletnie od 2011 roku do 2017 roku się odbyły.

W tym czasie - o czym zdaje się zapominać Polskikosz.pl - priorytetem było nie to, ile drużyn będzie w PLK, ale to, jak silne one będą. Przez te sześć lat zakładaliśmy, że trzeba wzmocnić istniejące i wciągnąć do góry obiecujące, bez względu na to, ile ich ma być. System rozgrywek się dopasuje do liczby mocnych drużyn. Dopóki nie przeładujemy ligi, poradzimy sobie, a koszykówka zyska nowe silne ośrodki. I to się stało.

Stąd też się wzięły różne liczby drużyn w rozgrywkach. Z tym, że co to za skoki, tak naprawdę… Polskikosz.pl cytuje ciąg liczb: 17, 17, 16, 12, 12, 13, 12, 14, 14, 13, 14 jako kolejne liczby drużyn w PLK w latach od 2017 w tył. Sprostowanie. Prawdziwy jest taki: 17, 17, 16, 12, 12, 14, 12, 14, 14, 13, 14, z czego wynika, że poza skokiem w 2014 roku (4 dzikie karty, z 12 na 16) w zasadzie nic się nie zmieniało decyzją PZKosz. Bo my w pozostałych latach po prostu traciliśmy drużyny i to te słabe. W 2010 roku padły Znicz Jarosław i Stal Stalowa Wola, rok później Polonia Warszawa, w 2012 roku Śląsk Wrocław (administrowany przez WKK), PGB Basket Poznań, AZS PW Warszawa i ŁKS Łódź, w 2013 Start Gdynia. Chętnych na ich miejsce nie było tylu, żeby dobić do 14. Wystarczy tę listę klubów przeczytać jeszcze raz i widać, że poza Śląskiem (inna historia), nie były to kluby pasujące do PLK, zwłaszcza budżetowo, często organizacyjnie. Mimo braku spadków - spadły.

Na marginesie, w obecnej (stan na koniec czerwca 2017) szesnastce klubów PLK - mimo mankamentów (hale w Radomiu, Ostrowie, frekwencja w Szczecinie) - trudno mi znaleźć środowisko, które bez żalu należałoby pożegnać z PLK. Bodaj najwięcej słabości miała swego czasu Polpharma Starogard, ale po powrocie prezesa Jarosława Poziemskiego ostatni sezon sportowo, organizacyjnie i entuzjastycznie był na Kociewiu jak najbardziej OK. Też byłoby ich żal. Więc kogo wyrzucać?

Wróćmy do wątku ostatnich siedmiu lat PLK. Moim zdaniem jedyny kontrowersyjny ruch to było w 2014 roku wciągnięcie do PLK czterech klubów poza awansującym Polfarmexem Kutno. Były to Polski Cukier Toruń, MKS Dąbrowa Górnicza, King Szczecin i Start Lublin. Celem było wzmocnienie słabej (diagnoza z 2010 roku) ligi i wciągnięcie do niej nowych, bogatych ośrodków, które są w stanie wygenerować milionowe budżety, dzięki samorządom, dzięki wielkim halom. One czekały wtedy w coraz bardziej nerwowej kolejce! Pamiętam spotkanie z klubami 1 Ligi Mężczyzn chyba w 2013 roku, gdzie rej wodziły kluby z Torunia, Lublina, Szczecina. Kłóciły się o system gry w 1 Lidze, o awans, na który oni i pięć innych klubów miały chęć, bo wszystkie ich miasta chciały dawać miliony na koszykówkę - ale tylko w ekstraklasie. Teraz wszyscy ci działacze to barwne postacie w PLK i słusznie.

Po trzech latach od tego przyznania dzikich kart - poza lublinianami, którzy też budżetowo nie odstają i ściągają na swoje mecze sporo widzów - mamy w tym gronie wicemistrza Polski i cztery starty w play-off, a cała czwórka ma budżety daleko wyższe niż minimalnie wymagane 2 mln zł, tysiące widzów na meczach i wielkie ambicje. Trzeba też doliczyć do tych wciąganych za uszy Rosę Radom, która nie wywalczyła awansu na boisku w 2012 roku. To też wicemistrz PLK i w pięć lat trzykrotny półfinalista. Co ciekawe, to właśnie sportowo awansujący wtedy Polfarmex Kutno miał ostatnio największe kłopoty z budżetem i utrzymaniem poziomu PLK.

Od 2012 roku do ligi dołączyły więc (awansem i zaproszeniem) - Rosa Radom, Śląsk Wrocław, Polfarmex Kutno, Polski Cukier Toruń, King Szczecin, Start Lublin, MKS Dąbrowa Górnicza, BM Slam Stal Ostrów, Miasto Szkła Krosno i obecnie Legia Warszawa. 10 klubów, z czego dwa się nie ostały, a w dwóch ostatnich play-off (2016 i 2017) grały zawsze po cztery z nich, czyli połowa!

Gdyby było „po bożemu” i bez rzekomej „prowizorki”, w latach 2013-2017 z tej dziesiątki awansować do PLK mogłoby maksymalnie pięć. W 2013 roku byłby to pewnie Śląsk, rok później może wreszcie Rosa (a może Kutno?), później - najwcześniej w 2015 - ewentualnie Toruń, w 2016 może Start i wreszcie teraz Legia. Wychodzi, że trzeba by się obejść na przykład bez MKS, Kinga i zapewne Stali Ostrów, a na pewno bez Krosna.

Czy to można nazwać prowizorką? Może i tak. Ale czy to wyszło na dobre PLK i całej polskiej koszykówce? Na sto procent tak.

Na ołtarzu korzyści dla polskiej koszykówki, wymiana Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu, Inowrocławia i słabej Polonii Warszawa na te osiem klubów, które obecnie są w szesnastozespołowej PLK - warto było nawet zapłacić za to jakimś tam chaosem w rozgrywkach przez te lata!

Ja nawet rozumiem złość autora na pogłoski o dołączeniu do PLK drużyny nr 17 z Gliwic (a przy okazji nr 18 z Kutna). Nie wiem, czy te pogłoski są prawdziwe. Na ten moment wiem, że PLK planowała - i to wiele razy głośno ogłaszała - od teraz na stałe (na lata!) z powodu okienek na mecze reprezentacji mieć 16 drużyn. PZKosz właśnie postanowił (ogłoszone w środę), że od teraz stale (na lata!) w 1 Lidze Mężczyzn będzie grało 16 drużyn, ale ponieważ w tym sezonie po spadkach z ekstraklasy prawo gry w 1LM ma 17 drużyn, przejściowo - dla równego rachunku - w sezonie 2017/2018 wystąpi 18 zespołów. Tylko na rok.

Model 16+16 na lata. Spadki i awanse stabilnie ułożone. Jasne zasady. To właśnie ustalono. To jest strategia PZKosz.

I w tym momencie właśnie tekst uderzający w PZKosz w tej sprawie?

No cóż…

01:25, adrom72
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Kadra B czyli ma to sens

Parę zdań w kontekście tego tekstu: http://polskikosz.pl/kadra-c-a-k-a-rozszerzona-reprezentacja-rusza-podbijac-chiny/.

Od wielu lat jestem orędownikiem stworzenia kadry B i cieszę się bardzo, że to ruszyło rok temu. Nie interesują mnie aspekty inne, niż tylko sportowe. Wyjazd na 9 meczów do Chin, granie z w miarę równorzędnymi rywalami, przydało się moim zdaniem zarówno uczestniczącym wtedy koszykarzom, skład można sprawdzić, jak i trenerom. Mało kto pamięta, że rok temu głównym trenerem był Marek Łukomski, a jego asystentem - jeszcze przed awansem w Zielonej Górze - Artur Gronek. Każde takie doświadczenie jest ważne, a ogranie w innych niż klubowe role dla trenerów i zawodników - bezcenne.

Przypomnijmy może, że rok temu w Chinach grali Mazurczak, Grochowski, Kowalczyk, Matczak, Żołnierewicz, Zyskowski, Bartosz, Nowakowski, Trojan, Parzeński i Kostrzewski. Kilku z nich nie zyskało, ale znakomita większość miała dobre sezony ligowe, coś zyskali. Na razie nikogo nie będzie (chyba) w kadrze A, ale ja osobiście uważam, że co najmniej Filip Matczak i Przemysław Żołnierewicz kiedyś w kadrze A zagrają.

Ta kadra B musi być coraz lepsza (tegoroczna moim zdaniem jest) i dążyć w kierunku uczestnictwa w Uniwersjadzie (rozgrywanej co dwa lata), gdzie jest odpowiedni poziom sportowy i organizacyjny, żeby pewne rzeczy przećwiczyć na boisku i poza nim. (A wymóg "studiowania" jest obchodzony właściwie przez wszystkich, większość traktuje to jako Kadrę B właśnie). Niestety - inaczej niż w żeńskiej odmianie - na razie męska kadra B na Uniwersjadę nie jest w stanie się dostać, a szkoda. Może w 2019 roku.

A teraz co do wyboru zawodników. Autor tekstu powyższego pomylił chyba niektóre aspekty i cele tej kadry.

Moim zdaniem nie ma żadnego sensu, żeby w niej grali zawodnicy w wieku 27-31 lat, którzy mają za sobą mocny sezon ligowy (dużo minut) i których mimo doskonałej znajomości atutów i słabości trener kadry A Mike Taylor w reprezentacji nie widzi. Nie znam listy na zgrupowanie kadry A w Wałbrzychu, ale byłbym zszokowany, gdyby na niej znaleźli się wymienieni w tekście polskikosz.pl Paweł Leończyk (31 lat), Kamil Łączyński (28) i Jarosław Mokros (27). Co zatem dałoby im i decydentom z PZKosz granie tych zawodników w Chinach z kadrą B?

Po drugie, Michał Michalak zapewne w kadrze A na zgrupowaniu będzie i powalczy o miejsce w składzie, więc jaki sens miałoby branie go na trzytygodniowe intensywne granie/trenowanie w czerwcu/lipcu? Skoro ma szansę ciężko pracować od połowy lipca do połowy września z Mike Taylorem i zagrać na EuroBaskecie, to może lepiej, żeby teraz odpoczywał?

I tu przechodzimy do najważniejszego - byłoby bez sensu, gdyby kadra B miała być "eliminacjami" do kadry A w tym samym sezonie. Za dużo. To element systemu pracy z zawodnikami. 16 czy 18 w kadrze A (12 pojedzie na EuroBasket), 13 w kadrze B i kolejnych 16 w reprezentacji U20 (12 pojedzie na ME) - to jest już fajna grupa zawodników, którzy pracują w wakacje pod opieką PZKosz i z której budujemy reprezentacje teraz i w przyszłości. Dwie pierwsze grupy składają się z zawodników, których nazwiska przeszły przez decyzje Mike'a Taylora i tak powinno być.

A za rok stworzymy nowe grupy, mając kolejne informacje o tym, jak na szczeblu międzynarodowym i w cyklu turniejowym zachowują poszczególni zawodnicy i trenerzy.

Ode mnie brawo. Także grupa zawodników w kadrze B bardzo fajna. Na pewno brakuje Marcela Ponitki i Dominika Olejniczaka (był też Maciej Bender), ale ten pierwszy (Bender też) ma przecież jeszcze kadrę U20 (czy w niej będą, inne pytanie), a Olejniczak - z tego co wiem - był zobligowany do zajęć na amerykańskiej uczelni. Niech pograją i pouczą się ci, których ma pod opieką Przemek Frasunkiewicz. Miłego pobytu w Chinach!

18:15, adrom72
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31