Blog > Komentarze do wpisu
Czy Taylor zawiódł?

No cóż. Odbyła się kolejna inspirująca dla mnie dyskusja na Twitterze, która tam jest skazana na niepowodzenie, bo trudno się wyrazić w 140 znakach, albo nawet w 280.

Więc trochę na ten temat tu. Długie pisanie. Strumień myśli na tematy, które w tej twitterowej szarpaninie zostały nadgryzione.

Cała dyskusja kręciła się wokół wypowiedzi znakomitego kiedyś zawodnika Piotra Szybilskiego, który stwierdził o Mike Taylorze, obecnym trenerze kadry koszykarzy:

To gość który zaprzepaścił najlepszy skład w ostatnich 3 dekadach. Nie zawiódł? Szkoda prądu.

Potem Piotr poprawił się, że mu o dwie dekady chodziło, czyli o okres od 1997 roku, kiedy polscy koszykarze zajęli siódme miejsce w Europie. On grał w tym zespole, znakomitym, niezapomnianym, który wypromował polską koszykówkę i dał wielką nadzieję, którą niestety później - w kolejnych latach - sam zgasił, przegrywając fatalnie eliminacje do kolejnych czterech EuroBasketów.

Piotrowi chodziło o zespół Taylora z EuroBasketu 2015 roku. Moim zdaniem najlepsze, złożone z zawodników z wyższych półek, były zespoły z 2009 i zwłaszcza z 2013 roku. Oba bardzo zawiodły, chyba co do tego nie ma wątpliwości. Ale OK, nawet przyjmijmy teoretycznie, że drużyna z Francji, w składzie Koszarek, Slaughter, Skibniewski, Ponitka, Waczyński, Zamojski, Gruszecki, Cel, Czyż, Kulig, Karnowski i Gortat to był najlepszy skład od 20 lat. I zastanówmy się, czy Taylor rzeczywiście zawiódł.

Dwa lata temu we wrześniu postanowiłem akurat na jakiś czas wziąć wolne od Twittera i wypowiadania się publicznie, więc nie wyrażałem opinii na temat tamtego turnieju. Teraz z dystansu mogę coś napisać. Tamten EuroBasket niestety był skazany na niepowodzenie z jednego podstawowego powodu. Był nim słaby system FIBA przewidujący po graniu w grupach „mecz o wszystko” w 1/8 finału zamiast drugiej fazy grupowej i losowanie, które skazało nas na grę w tym meczu o wszystko z drużynami grupy B. Czy zajęlibyśmy w swojej grupie pierwsze czy czwarte miejsce, wpadaliśmy na Serbię, Hiszpanię, Włochy, Turcję lub Niemców. Ci ostatni, z Dirkiem Nowitzkim w składzie, grając u siebie nie zdołali nawet wyjść z tamtej grupy. Mam wrażenie, że to było pięć z ośmiu najlepszych drużyn tego turnieju (trzy były ostatecznie w ósemce, a Turków wyeliminowała Francja).

Wpadliśmy z trzeciego miejsca na Hiszpanię, która była druga w tamtej grupie. Warto podkreślić, że na pozostałych drugich miejscach były Chorwacja, Łotwa i Izrael. Inny system, inne losowanie, mogłoby dać „mecz o wszystko” z nimi. Ale to głupie gdybanie. Dostaliśmy Hiszpanię i trzeba było ją pokonać, żeby przejść do historii i zdobyć serca kibiców.

Wracając do grupy. Oczywiście była wielka szansa na drugie miejsce i grę w Włochami w meczu o wszystko, ale przegraliśmy z Izraelem w grupie i przepadło.

I tu dochodzimy do tematu „czy trener zawiódł”. Oczywiście, przegrał trzy mecze. Dwa niewysoko grając w znakomitym momentami stylu z Hiszpanią i Francją (skończyły turniej na 1. i 3. miejscu) oraz po słabym meczu z wspomnianym Izraelem. I tu ja zauważam słabość Mike’a Taylora - co roku (prowadził kadrę w trzech sezonach) zdarza się jego drużynie JEDEN niewytłumaczalnie słaby mecz, zupełnie inny niż wszystkie, który sromotnie przegrywamy, grając na dodatek tragicznie. W 2014 roku to była porażka w Austrii, w 2015 roku ten nieszczęsny Izrael, a w 2016 roku przegrana w Toruniu z Białorusią. To jest niedobre, to musi się zmienić. Fajnie, że po takim spotkaniu następne jest zawsze świetne - z Niemcami na wyjeździe w 2014, z Finlandią w 2015 i z Estonią na wyjeździe w 2016, ale to nie wystarczy. Powtórka tej akcji w 2017 będzie nie do przebaczenia, bo jest już doświadczenie z tego typu wpadek.

Jednak to jest sport! Czy to nie jest tak, że rzadko udaje się zagrać sześć czy siedem meczów w krótkim czasie na równym, bliskim maksymalnego potencjału, poziomie? Przykładów na to w koszykówce i innych sportach nie brakuje. Pozostałe pięć meczów w 2015 roku było dobrych. Wygraliśmy z Rosją, Bośnią i Finlandią. Ja byłem dumny z tego zespołu, z tego jak grał, jakie były pomysły, że wszyscy niemal zawodnicy (więcej o tym niżej) zagrali swojego maksa życiowego lub byli tego blisko. 11. miejsca w Europie nie odebrałem jako klęski, zawodu czy porażki nawet. To w końcu praktycznie to samo co w 2009 (dziewiąte miejsce) i o kroczek za słynną drużyną z 1997 roku (siódme). Powiedziałbym, że gdzieś tam między siódmym a 12. miejscem w Europie na ten moment powinniśmy z naszą reprezentację być, żeby zaatakować wyższe w drugim etapie. Ten etap jest teraz, kiedy nasi polscy koszykarze indywidualnie są w coraz lepszych klubach i grają na coraz lepszym poziomie (Waczyński, Ponitka, Kulig, Karnowski, ale także Cel, Slaughter i inni).

-

Jeśli mówimy o tym, kto zawiódł, to dla mnie wielkim zawodem tamtego turnieju był Marcin Gortat.

I tu ważne wtrącenie.

Marcin Gortat jest dla mnie tam, gdzie wielcy herosi polskiego sportu ostatnich lat: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica, Adam Małysz, Robert Lewandowski. Jeden z pięciu największych. Niestety, jakoś tak się stało, że nie „zgrupował się” w drużynę narodową, która jak siatkarze czy piłkarze ręczni - przy których trudno wymienić jednego herosa (Zagumny? Kurek? Wlazły? Bielecki? Szmal? Siódmiak?) - porwali wszystkich Polaków. Nie stał się liderem reprezentacji, która wygrała cokolwiek. Sam na pewno jest zły z tego powodu.

Jednak nie zmienia to faktu, że to jeden z nielicznych WIELKICH i kiedy on mówi coś o reprezentacji Polski, kiedy mówi coś o PZKosz, kiedy uważa, że Adam Romański się kompromituje na Twitterze, a nawet gdyby powiedział, że Ziemia jest płaska i wsparta na czterech żółwiach w wojskowych mundurach, to ponieważ mówi to MARCIN GORTAT, należy to dogłębnie przemyśleć, rozważyć i mocno wziąć do siebie. Mówię o tym całkowicie poważnie. On jest jednym z wielkich tego świata i sam na to zapracował. Ja tymczasem mogę ze swojej małej dziupelki w prowincjonalnym lesie, w siedemnastym drzewie za piętnastym krzaczkiem i ósmą ścieżką, pisnąć cichutko to co poniżej.

A mianowicie to, że jedynym zawodnikiem, który we Francji w 2017 roku zagrał poniżej swoich możliwości, był Marcin Gortat właśnie. Nie był ani świetną częścią drużyny, ani indywidualnością, która pociągnęła innych. Czysto koszykarsko - co zresztą sam przyznał - nie pasowało mu europejskie granie wysokich graczy wyciągających centra spod kosza. Tłumaczenie, że winna czyjejś słabej gry jest europejska koszykówka, można wyśmiać - zresztą mam wrażenie, że zrobili to w „Uchu Prezesa” w skeczu z Antonim („to warunki jazdy nie dostosowały się do naszej prędkości”). Jednak trzeba zaznaczyć, że 11,3 punktu, 47 procent z gry, 6,3 zbiórki i 0,5 bloku na mecz Marcina Gortata w tym turnieju oraz występy centrów rywala Andrii Stipanovicia (20 punktów), Andrieja Zubkowa (21 punktów), D’ora Fischera (15 punktów) i Paua Gasola (30 punktów, 6/7 za trzy), nie zadowoliły nikogo, z pewnością także nie samego środkowego Washington Wizards.

I uwaga! Przytaczam to wszystko głównie dlatego, żeby pozbawić mocy argument „Taylor zawiódł”. Bo oczywiście, pryncypialnie większość albo całość „winy” (cudzysłów nieprzypadkowy, bo to nie termin na sport) za taką grę Marcina Gortata można przypisać trenerowi. Można byłoby powiedzieć, że nie znalazł dla niego roli. Że nie dał zadań odpowiednich do jego zdolności. Że źle nakreślił taktykę. Że nie potrafił się z Marcinem porozumieć, żeby to zadziałało. Każdy, kto widział te mecze w 2015 roku, może sobie odpowiedzieć, czy tak naprawdę było. Każdy też może sobie odpowiedzieć, czy to była „wina” Gortata.

Moim zdaniem to bzdura w obu przypadkach. Faktem jest, że nasz świetny koszykarz Marcin Gortat zagrał średni turniej. Ja go za to - nawet gdybym mógł ze swojej małej dziupelki - nie winię, nie krytykuję, nie piętnuję. Nie zgodzę się na stwierdzenie, że zawiódł.

Ale trenera to też dotyczy.

Rozmawiamy tu o odczuciach czy uczuciach, bo takim jest „trener zawiódł”. Więc na koniec wątku MG13 największymi literami napiszę co mi leży na sercu. Jako dla kibica koszykówki jest dla mnie w najwyższym stopniu smutne, że NAJWYBITNIEJSZY KOSZYKARZ W HISTORII POLSKI (co do tego nie mam wątpliwości) zakończył grę w reprezentacji na udziale w sześciu akcjach (na 12 możliwych w tym czasie): grał w dwóch tragicznych, przegranych eliminacjach, w jednych udanych kwalifikacjach, a także tylko na trzech EuroBasketach i ma na nich bilans meczów 6-11.

I nie ma w tym stwierdzeniu żadnych pretensji do nikogo, w tym zwłaszcza do Marcina, żadnego żalu, złośliwości, chęci szukania winnych. Jest to po prostu stwierdzenie. To jest do niczego. Strasznie źle, że tak jest.

-

Wracając do EuroBasketu 2015. Uczciwie trzeba dołożyć do tego rozumowania Łukasza Koszarka, który miał w 2015 roku niestety słaby turniej, walcząc cały czas z bolesną kontuzją. Ja mam ogromny szacunek do Łukasza, do jego przywiązania do kadry i do jego osiągnięć w pozostałych meczach o punkty, więc wrzucam go za ten turniej do pudełka z napisem „jedyny słabszy moment w kadrze”. Miał do niego prawo. W 2016 pokazał, że nadal w kadrze jest mocny.

Natomiast pozostali: Slaughter, Zamojski, Ponitka, Waczyński, Cel, Kulig, Karnowski oraz mało grający Czyż, Gruszecki, Skibniewski - wszystkich ich zapamiętałem z tego turnieju grających na dobrym lub świetnym poziomie. Niektórzy zagrali turniej życia. Gdy było coraz trudniej - Finlandia, Hiszpania! - dali radę.

Czy to negujemy?

Jeśli nie, to jest w tym chyba zasługa Mike’a Taylora.

-

Kolejny wątek. Dyskusja przeniosła się też w rejony, czy należy stawiać konkretne cele (np. miejsca) i rozliczać z nich po zawodach w sporcie. Trochę o tym. Cele i rozliczanie jako takie oczywiście tak. Najlepiej w formie: „trzeba wygrać każdy mecz i zająć jak najwyższe miejsce”. Ale - to jest oczywiście moje zdanie - żyjemy w czasach, w których sport zaczyna się postrzegać jak tabelkę excela w firmie sprzedającej żarówki. Przychody, rozchody, zyski, straty, bilans. Nie można tak!

Piłkarze i Adam Nawałka nie stali się gorsi od tego, że na zakończenie świetnego turnieju Euro 2016 przegrali po karnych z Portugalią. (To zresztą dobry odnośnik do EuroBasketu 2015, gdzie też pokonał nas przyszły mistrz po dobrym meczu). Siatkarze i Stephane Antiga nie byli słabi i do rozliczenia dlatego, że po 10 wygranych z rzędu przegrali mecz z Włochami w ostatnim dniu Pucharu Świata 2015, przez co różnicą setów zajęli dopiero trzecie miejsce i nie awansowali z tego turnieju na igrzyska olimpijskie. Przykładów może być więcej, także w sportach wymiernych i indywidualnych, gdzie można się poprawić, być w świetnej formie, a nagle pojawi się trzech świeżych Chińczyków i medalu nie będzie.

Myślałem o tym i ewentualnie mogę się zgodzić na cele konkretne i rozliczanie w ligach. Tam jednak jest inna sytuacja. Każdy gra z każdym dwa razy. Nie ma grup, losowań, rozstawień. Jeśli w play-off na kogoś wpadamy, to był to zespół, którego miejsce wyznaczyły tylko wyniki na boisku. Znamy budżety i możliwości wszystkich rywali i swój, więc możemy przed sezonem powiedzieć: „Trenerze (prezesie)! Robicie co najmniej piąte miejsce albo was nie ma!”.

W reprezentacji tak się nie da. Bo nie ma budżetu i nie da się kupić zespołu. Bo rozgrywki są niesprawiedliwe (grupy, koszyki, losowania). Bo nigdy nie wiadomo (w większym stopniu niż w lidze) co będą mieli rywale. Bo dochodzą emocje związane z dumą narodową. Bo buduje się latami i czerpie z pracy poprzedników w większym stopniu niż w klubie. I tak dalej.

Każde tego typu żądanie postawienia konkretnego celu (np. Taylorowi na EuroBasket 2017 - np. co najmniej ósme miejsce) i późniejszego twardego rozliczenia uważam po pierwsze za minimalizm (bo co się dzieje z motywacją i otoczką, kiedy już będziemy w ósemce?). Po drugie, za podstęp wobec decydentów czy trenerów ze strony kogoś, kto chce usunięcia tych osób „bo nie wypełnili celu”. Bo jaki inny może być cel stawiania takich konkretnych zadań w sporcie reprezentacyjnym?

Przecież tu trzeba być mądrym, ocenić po turnieju pracę w sensie podjętych decyzji, wybranych strategii i taktyk, poprowadzonych meczów i podjąć na tej podstawie decyzję. Przecież to się robi w PZKosz. A wynik nie jest do zaprogramowania.

Przecież ideałem jest w przypadku reprezentacji powiedzmy 10-letnia praca dobrego trenera, który zdobędzie - bo ja wiem - dwa, trzy medale, ale też dwa, trzy razy będzie piąty, szósty, a raz nawet dziesiąty. Czy kontynuacja i stabilizacja nie są warte, żeby czasami przetrwać porażkę? Zwłaszcza w koszykówce, gdzie konkurencja jest tak ogromna, gdzie państwa o potencjale Polski też czekają na medale latami albo po jednym-dwóch seria im się kończy.

Oczywiście rozliczenie za turniej/akcję, presja na trenera i zawodników, wytworzenie „kultury wygrywania”, wykluczenie możliwości lekceważenia czegokolwiek czy podejścia typu „gramy żeby grać” - to wszystko musi być!

Przekładając to na Mike’a Taylora: po wygranych dwóch kwalifikacjach z łącznym bilansem 10-2 (pierwsze miejsca w grupie) oraz po EuroBaskecie 2015 z bilansem 3-3 i porażką w play-off z późniejszym mistrzem, nawet największym krytykom wypadałoby siedzieć cicho i rzeczywiście czekać na jakąś wpadkę czy niepowodzenie. Dla mnie poważnej wpadki ani niepowodzenia jeszcze nie było. A kontynuacja i stabilizacja dają nadzieję, że będzie większy postęp niż przy jakichś kolejnych zmianach.

-

Otwieram kolejny wątek. Przy okazji dyskusji o Taylorze rozwinęła się rozmowa, co jest „szałem” dla trenera kadry, skoro przy tym trenerze w kadrze - jak twierdzą niektórzy - „szału do tej pory nie było”. Inaczej mówiąc, tak to odebrałem, co w ostatnich latach było sukcesem dla polskiej reprezentacji. Odpowiadał użytkownik 2takty i mnie zdziwił, bo myślałem, że cofniemy się co najmniej do 1997 roku, a padło, że w 2009 roku wygraliśmy mecz z Litwą, a w 2011 roku mecz z Turcją.

Dla mnie to dziwne. Bo to oczywiście świetne wyniki. Ale jednak tylko pojedyncze mecze.

W obu tych turniejach - pomijam już fakt, w jakich składach grały wtedy Litwa i Turcja - były to nasze ostatnie zwycięstwa. Ich siła rażenia została zmarnowana przez brak kolejnych wygranych, czyli w 2009 przez porażki z Turcją, Słowenią, Serbią i Hiszpanią, a dwa lata później z Wielką Brytanią, po której wypadliśmy z gry. Więc do mnie to nie przemawia. Wolę drużynę, którą - takie mam wrażenie - mamy teraz, z Taylorem, która ma na tyle dobry skład i cechy dodatkowe (o tym niżej), że z każdym może powalczyć, nie tylko w pojedynczym meczu. Owszem, pojedynczego meczu z Wielkim jeszcze nie wygrała, ale miała tylko dwie szanse, z Francją i Hiszpanią w 2015 roku. W obu pokazała świetny basket i grała o wygraną, z Francją do końca, z Hiszpanią do 30. minuty mimo popisów Gasola.

Dla mnie szał był, ale niepełny, tylko raz za mojego świadomego koszykarskiego życia (od 1986 roku). Za Eugeniusza Kijewskiego na EuroBaskecie w 1997 roku, od którego zacząłem te wywody. Wygraliśmy z Łotwą, ale później też z Niemcami, Chorwacją i Turcją. Styl? Jakość gry? Taktyka? Wykorzystanie potencjału graczy? Niech każdy oceni sam, można na youtube znaleźć film z całym meczem ćwierćfinałowym z Grecją, na którym moim zdaniem widać wszystko. Ale przestrzegam, tak jak przy Marcinie Gortacie, nie ma żadnego sensu krytykować czy mieć jakieś uwagi np. do Macieja Zielińskiego, że w tym meczu miał pięć strat, trafił 3/13 z gry czy podejmował słabe decyzje. Taka opinia byłaby absurdalna, niesportowa i absolutnie poważnie odmawiam ewentualnej dyskusji na tym poziomie. Tylko szacunek!

Co do drużyny z 1997 roku też zastrzeżenie. Drużyna, która wygrała tyle meczów, dostała lanie od Jugosławii (-28), Hiszpanii (-43) i Litwy (-21), a także wyraźnie przegrała z Włochami i Grecją. Wtedy byliśmy moim zdaniem w takim punkcie, że w 1999 roku mogło być lepiej. Że już niektórych meczów nie trzeba by było odpuszczać, a w niektórych meczach do entuzjazmu, świetnego biegania, atletyzmu i rzucania za trzy można było dołożyć dużo więcej. Niestety, do kolejnego EuroBasketu nie awansowaliśmy i wszystko się rozpadło.

Ale właśnie na tych obserwacjach buduję swój optymizm na 2017. Obecna grupa ludzi już poniosła porażkę (choćby w 2013), która jest konieczna przy prawdziwym postępie, jest długo razem, zobaczyła, jak jest blisko czegoś wielkiego, i w moim przekonaniu trzech meczów w wymiarze „minus 20 lub więcej” nie przegra na jednym turnieju, z kimkolwiek by nie grała. A ma szansę wygrać ich więcej niż cztery z dziewięciu, jak to było z kadrą z 1997 roku.

-

Wracając do oceny hasła „trener zawiódł”. Jest oczywiste, że to wszystko można oceniać zupełnie inaczej z perspektywy potrzeb polskiej koszykówki. Tu spojrzenie wręcz musi być całkiem inne. Kiedy siatkarze kończą mistrzostwa Europy poza ósemką (dwa razy na pięć turniejów w ostatnich 10 latach) czy piłkarze ręczni w mistrzostwach świata są na 17. miejscu (tegoroczny turniej) jest słabo, kibice psioczą, ale siatkówka i piłka ręczna nie znikają z oka publiczności. Koszykówka jest w tym miejscu, że MUSI zrobić medal w mistrzostwach Europy lub przynajmniej o niego walczyć, wystąpić w decydującym turnieju o igrzyska lub w mistrzostwach świata, żeby pomarzyć o wejściu w zasięg wzroku kibiców. Podkreślam, to niczego nie zagwarantuje, ale może pomóc. I w tej kategorii można każdego trenera prowadzącego Polskę na EuroBasketach określić mianem „zawód”, bo żaden z nich nie stał się Lozano czy Wentą koszykówki - nie wyniósł polskiej koszykówki reprezentacyjnej tam, gdzie jej miejsce, czyli - jak wszędzie - na drugim miejscu za piłką nożną.

Ale nie mylmy zawodu z tego powodu, że koszykówka nie jest popularna, z zawodem wynikającym z gry i wyników kadry koszykarzy.

-

W tym momencie w paru akapitach o tym, za co cenię obecną reprezentację, a tym samym Mike’a Taylora, a w tle także Marcina Widomskiego (uważam za uczciwe, żeby to nazwisko dodać), z którym mogę się różnić w kilku sprawach, ale którego rola w budowaniu reprezentacji i jej poniższych atutów w ostatnich latach jest niewątpliwa.

Po pierwsze, entuzjazm i pozytywna aura. W tej kadrze wszyscy chcą grać (dla mnie np. pozytywem jest duża liczba niezadowolonych, że ich w kadrze brak), dobrze w niej być, gra porządne sparingi, toczy solidne przygotowania, pomaga kontuzjowanym, rozwija umiejętności i ma sensowne zarządzanie ludźmi. Ewentualne sukcesy (jeszcze ich nie było) mogą jeszcze podciągnąć atmosferę, sprawiającą już teraz wrażenie dobrej. Świetnym przykładem tej cechy Taylora było traktowanie cierpiącego (sportowo!) Macieja Lampego w meczu w Estonii rok temu. Nie mógł trafić żadnego rzutu, ale Taylor - bez szkody dla wyniku - zostawił go na boisku, nie pozwolił się sfrustrować, doczekał pozytywnych akcji i dał znak zaufania wrażliwemu pod tym względem graczowi, pozwolił kolegom dać wsparcie. Nie ma chyba niczego lepszego, co mogłoby spotkać sportowca w trudnym momencie od trenera. To mała rzecz, wycineczek, ale mi ogromnie zaimponowało. W tym aspekcie reprezentacyjna gleba została dobrze nawieziona. A nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak było.

Po drugie, jest system, koncepcja, myślenie, koszykówka ludzi inteligentnych. Co więcej - żywa, bo Mike Taylor, dobrze przygotowany do pracy głównego trenera (bywał nim w klubie europejskim i amerykańskim, był asystentem w kadrze), wie dobrze, że w pracy trenera są dobre i złe pomysły. I ze złych się potrafi wycofywać, co ja uważam za znakomitą cechę dla szkoleniowca. Są tacy, co z tego robią zarzut. Kompletnie się nie zgadzam. W każdym razie, metodyczna praca szkoleniowa, wręcz nauczycielska, wprowadzenie zasad boiskowych, dostosowanie gry w ataku do potrzeb i umiejętności zawodników, dobrze poukładana obrona - uważam, że tutaj Mike Taylor jest szczególnie mocny. To wygrywało nam trudne mecze, z Niemcami, Rosją, Bośnią, Finlandią, Estonią, gdy wciąż nie mamy aż tak wielu koszykarzy z poziomów ligowych jak te kraje (poza Estonią). I nawet zdając sobie sprawę, że nie wygraliśmy pojedynczego spotkania ani z Hiszpanią, ani z Francją, mam wrażenie, oglądając mecz, że każdy z zawodników gra na swoim maksymalnym lub bliskim tego poziomie, a jako zespół wyglądamy lepiej niż wynik dodawania umiejętności zawodników. Ale tu też - nie zawsze tak było, a wręcz - w ostatnich trzech dekadach rzadko tak bywało.

Po trzecie, może mniej ważne, ale choćby Jacek Łączyński o tym mówił, więc warto: Mike Taylor jest pierwszym od lat trenerem kadry, który regularnie wchodzi w interakcje z innymi trenerami i ludźmi środowiska koszykarskiego. Od lojalnego i działającego wspólnie sztabu kadry zaczynając, po dwa już kolejne (rok po roku) sztaby kadry B współpracujące pod batutą Taylora, obecność na klinikach licencyjnych trenerów ligowych, odwiedziny w SMS PZKosz Cetniewo i inne tego typu akcje. Nie jest obecny w Polsce cały rok, ale kiedy jest, krąży po kraju, merytorycznie i otwarcie rozmawia o kadrze, taktyce, strategii, zarządzaniu personelem z ligowymi trenerami, zawodnikami, działaczami, dziennikarzami, każdym, kto o rozmowę poprosi. Nie zawsze robi to publicznie. W mediach pielęgnuje raczej wizerunek słonecznego Amerykanina z dobrym, często na wyrost, słowem dla każdego. Ale to nie publiczny wizerunek jest najważniejszy. Pod tym względem nie mam wątpliwości - nigdy w ostatnich trzech dekadach tak nie było.

Po czwarte, Mike Taylor moim zdaniem potwierdził przez trzy ostatnie lata, że był idealnym trenerem na tamten moment, traumy po 2013 roku. Głodny, wierzący, że podbije świat, przygotowany merytorycznie, po doświadczeniach z kadrą Czech, był nam potrzebny zamiast krajowych wynalazków ligowych, które gasły szybciej niż rozbłysły, lub „uznanych” trenerów ze średniej półki europejskiej, którzy po pracy w Polsce szli już raczej tylko w dół, niestety (Katzurin, Pipan, Bauermann). Na lepszych trenerów nas nie stać, a od Taylora - wystarczy zapytać zawodników - nadal można się sporo nauczyć. Zanim zatrudnimy lub wylansujemy następnego Obradovicia, Blatta czy Messinę, moim zdaniem świetnym pomysłem było zrobienie kroku w tył i poszukanie własnej drogi, a to zrobiliśmy z Taylorem. I tu też takiego pomysłu nigdy wcześniej, nie tylko w ostatnich trzech dekadach, w polskiej kadrze nie było.

Oczywiście, Mike Taylor ma swoje wady, jak każdy. Zaznaczam, że nie będę ich wymieniał, ale zdaję sobie sprawę z ich istnienia. To nie ma być laurka dla Taylora, wręcz odwrotnie - odparcie ataku na niego, który na TT był zawarty w jednym czy dwóch zdaniach, ale na przykład wylał się szerokim strumieniem z wywiadu Jacka Łączyńskiego dla sport.tvp.pl, z którym się maksymalnie nie zgadzam (i na tym poprzestanę). Dlatego - także z grzeczności! - o wadach Taylora tutaj nie będzie. Chodzi mi o to, że pozytywów jest sporo, a one wszystkie składają się w mojej głowie w to, że polską reprezentację koszykarzy widzę w 2017 roku jako zapowiadającą się na dobrze przygotowaną do walki o coś więcej niż dziewiąte miejsce w Europie.

-

To są moje oceny wynikające z opiniowania, przemyśleń w mojej dziupli. 2takty, Jacek Łączyński, Piotr Szybilski, Andrzej Jankowski, Michał Pałkowski, rzutosobisty, czy wreszcie sam Marcin Gortat i ktokolwiek inny mogą mieć zupełne inne spojrzenie. A nawet dobrze by było, gdyby to inne spojrzenie mieli - to oczywistość i żadna moja łaska! Weryfikację w faktach, a także więcej materiału do opinii i ocen, będziemy mieli podczas EuroBasketu 2017 w Finlandii i - oby! - Turcji, po czterech latach pracy Taylora. (Przy okazji - świadomie w całym tym tekście pomijam jakiekolwiek sparingi i mecze przygotowawcze - one mogą być tylko przyczynkiem do dywagacji przed imprezą główną w danym roku, po imprezie głównej tracą jakiekolwiek znaczenie). Pozytywne nadzieje mogą się zmienić na negatywną ocenę, jeśli nie wyjdziemy z grupy na EuroBaskecie 2017, albo nawet jeśli znów padniemy w 1/8 finału i nie wejdziemy do ćwierćfinału.

Ale znów - nie dajmy się zwariować i wepchnąć w tabelkę z excela z „planowaniem sportowym”. Ta reprezentacja Polski to nie klub z budżetem na mistrza! Ona ma nam dać przede wszystkim dumę z gry, wielkie emocje, coraz lepszych zawodników, poczucie wykorzystania wszystkich możliwych szans. Jeśli te cztery elementy zadziałają, wynik (konkretne miejsce) i popularność koszykówki powinny być skutkiem. Ale jak to w sporcie, jeden słupek czy poprzeczka, jedno potknięcie, jedna kontuzja i wszystko może się zmienić. Zawsze trzeba o tym pamiętać.

sobota, 08 lipca 2017, adrom72

Polecane wpisy

  • Kadra B czyli ma to sens

    Parę zdań w kontekście tego tekstu: http://polskikosz.pl/kadra-c-a-k-a-rozszerzona-reprezentacja-rusza-podbijac-chiny/. Od wielu lat jestem orędownikiem stworze

  • Za mało, za mało, za mało…

    Dzisiaj o dylematach telewizyjnych w kontekście koszykówki. Przeczytałem właśnie kolejne kilka wpisów na twitterze w sprawie „jak to możliwe, że Polsat ni

  • Startuje finał PLK! Mamy typy ekspertów Polsatu!

    Już w czwartek 1 czerwca początek wielkiego finału play-off Polskiej Ligi Koszykówki pomiędzy Stelmetem BC Zielona Góra a Polskim Cukrem Toruń. Eksperci i komen